piątek, 18 sierpnia 2017

Work in progress, czyli mój kącik biurowy

Wiecie, że choć nie lubię nadmiaru i przeładowania, to do ortodoksyjnego minimalizmu raczej mi daleko. Wyjątkiem jest moje "domowe biuro", które jest iście minimalistyczne. Bo nie tylko nie mam biura. Nie mam nawet biurka. Na szczęście nie mam też wielkich potrzeb: w pracy nie korzystam z żadnych wielkogabarytowych sprzętów ani opasłych folderów z dokumentami. Dlatego bez problemu mogłam z moją robotą zaparkować na "Zadupiu" w naszym jadalnio-salonie.

Moje robocze stanowisko składa się ze stołu, krzesła, laptopa oraz dwóch notesów (przez 4 lata pracy w biurze nie polubiłam się z Excelem i nadal wszystko, tzn. terminy, rozliczenia itd. notuję ręcznie). O stole pisałam szerzej w zeszłym roku, więc nie będę się nad nim rozwodzić (nadal sprawdza się świetnie). Co do krzesła natomiast, to od dawna bardzo podobały mi się takie stare, drewniane, "warsztatowe" krzesła na metalowych nogach (w tym stylu). Marzyłam o takim kręciołku, choć perspektywa płaszczenia tyłka na twardym siedzisku przez kilku(naście) godzin dziennie była mało zachęcająca. Niby można ratować się jakąś poduszką, no ale przecież nie po to człowiek kupuje taki ładny mebel, żeby go potem zakrywać. Na szczęście udało mi się znaleźć krzesło obrotowe w podobnym klimacie, ale z miękkim siedziskiem i oparciem, oraz, co było dla mnie, jako wielbicielki liczb parzystych, szalenie ważne, na czterech odnogach.

Na stole od niedawna honorowe miejsce zajmuje nowy laptop, którego dostałam od marki Acer (#LoveMyLife). Czemu wybrałam akurat model Swift 7? Jakież to parametry techniczne mnie do tego przekonały? Nie będę ściemniać: dla mnie najważniejsze było, że jest ZŁOTY. Chyba każdy laptop byłby lepszy od mojego starego rzęcha (który huczał jak startująca rakieta, nagrzewał się szybciej niż mój piekarnik, a w ostatnim czasie można było z niego korzystać tylko po ustawieniu ekranu pod ściśle określonym kątem, bo inaczej cały wyświetlacz był różowy), ale ten ponoć ma całkiem niezłe bebechy - tak twierdzi Dzióbek, z którym konsultowałam wybór, bo ja się na tym kompletnie nie znam. Po szczegóły techniczne odsyłam na stronę Acera, a po fachowe recenzje - na strony i blogi speców od elektroniki. Ja bardzo niefachowo mogę powiedzieć, że podoba mi się, że jest taki piękniusi i złociutki, a przy tym ultralekki i ultracienki. Serio, taka z niego chudzinka, że gdyby był blogerką, to co chwilę musiałby czytać komentarze w stylu "Zjedz kanapkę" (vide przedostatnie zdjęcie). Ma też wygodną klawiaturę i duży touchpad umieszczony na środku (nic mnie tak nie wkurza jak asymetrycznie ulokowany touchpad!). No i ciągle nie mogę się przyzwyczaić, że uruchamia się dosłownie w kilka sekund i podczas pracy nie wydaje z siebie żadnych dźwięków - co za luksus! Zaskoczyło mnie trochę, że nie ma wejścia na USB, ale w sumie nie ma co się dziwić, bo gdzie USB do takiej chudziny. Nie jest to jednak problem, bo w zestawie jest specjalna przejściówka, do której można podłączyć pendrive czy co tam innego chcecie.

Jeśli czytając tego posta pomyśleliście: "Taka to pożyje!", to mam dla Was dobrą wiadomość: Wy też będziecie mieć szansę na zgarnięcie laptopa za darmochę, bo wspólnie z Acerem szykujemy dla Was fajny konkurs! Do wygrania będzie krewniak mojego Złotka - elegancki przystojniak w typie "silver fox", z którym początek nowego roku szkolnego / akademickiego czy po prostu jesieni na pewno będzie bardziej znośny. Szczegóły już niedługo!


My home office
My home office
My home office
My home office
My home office
My home office
My home office
My home office

stół rozkładany - Wood & Paper
krzesło obrotowe - vintage / Yestersen.pl
czarne krzesła - TON / Opa & Company
laptop - Acer Swift 7
notes w skórzanej okładce - Traveler's Notebook / Escribo.pl

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

#RyfkaCzyta: Wanna z kolumnadą i Rzeczy, których nie wyrzuciłem

Książkowe wpisy wychodzą mi wyjątkowo długie i zawsze się potem zastanawiam: komu będzie się chciało to czytać? (mnie by się pewnie nie chciało). Tym razem też starałam się streszczać, ale wyszło jak zwykle. Tak więc żeby dodatkowo nie przedłużać, od razu przechodzę do rzeczy. W dzisiejszym odcinku polecam Wam dwie książki: jedną nową i jedną sprzed paru lat, obie absolutnie genialne.



WANNA Z KOLUMNADĄ
Filip Springer
Wydawnictwo Czarne

Tę książkę najpierw przeczytał Dzióbek. I zrobił się po prostu nieznośny. Ciągle o niej gadał, odczytywał mi fragmenty, wrzucał cytaty na Fejsa, wspominał o niej na KAŻDYM spotkaniu ze znajomymi i powtarzał w kółko: "Musisz ją przeczytać. Spodoba ci się". No i miał rację. Książka zrobiła na mnie takie wrażenie, że wracam do niej do dziś, i dlatego też uznałam, że nie może jej w moim książkowym cyklu zabraknąć.

O czym jest Wanna z kolumnadą? O tym, że "ład architektoniczny to jest coś, o czym każdy w Polsce słyszał, ale nikt od dawna tego nie widział", czyli mówiąc prosto z mostu: o tym, dlaczego w Polsce jest brzydko. Chyba każdy umiarkowanie wrażliwy estetycznie (i funkcjonalnie) człowiek od czasu do czasu doświadcza bólu oczu na widok architektonicznych potworków; bloków wybudowanych tak blisko siebie, że wychodząc na balkon, można podać rękę sąsiadowi z naprzeciwka; "luksusowych" hoteli-zameczków, do których wjeżdża się przez "łuk triumfalny", wejścia strzegą gipsowe sfinksy, a w ogrodzie stoi "egipska" piramida; czy pstrokatych (i często nielegalnych) szyldów i banerów (najlepiej w neonowych kolorach i z gołą babą) oblepiających ogrodzenia i kamienice jak kraj długi i szeroki. Ja przed lekturą zdawałam sobie sprawę, że nie jest kolorowo (a właściwie, że jest i to aż za bardzo), ale po przeczytaniu tej książki i poznaniu powodów, DLACZEGO "jest jak jest", brzydota w przestrzeni publicznej boli mnie jeszcze bardziej.

Piotr Zarzycki, architekt z Wrocławia:
- Przychodzi do mnie inwestor i mówi: ma być pastelowe. To ja mu odpowiadam: a niech mi pan pokaże, jaki to kolor ten pastelowy. Gość patrzy na mnie, ja widzę, że nie rozumie, o co proszę. Wścieka się trochę i w końcu wysyła mnie do kogoś, kto tam u nich odpowiada za kolory. Tym kimś jest sekretarka, no bo kto ma się znać na kolorach, jak nie kobieta. Nic nie mam do sekretarek, ciężka praca. Ale niby dlaczego to one mają decydować o tym, jak ja pomaluję ludziom bloki.

Springer pisze, że mieszkańcy pytani przez niego o to, co sądzą na temat wyglądu swojego miasta czy osiedla, zwykle stwierdzają, że w sumie mogłoby być lepiej, ale tak w ogóle to "ludzie nie mają co do garnka włożyć, a wy się bzdurami zajmujecie". To nie jest sprawa, która zajmuje wysokie miejsce na liście czyichkolwiek priorytetów. Może poza kilkoma aktywistami-zapaleńcami. Takimi jak grupa z Łodzi, która, wobec opieszałości władz, postanowiła na własną rękę walczyć z nielegalnymi plakatami, reklamami i szpecącymi budami z tanim jedzeniem w centrum miasta:

W końcu, po kilku pikietach, stawiają pod Urzędem Miasta prowizoryczną budę z kartonów. Chcą z niej rozdawać "olewkę prezydencką" i "leniwe urzędowe".
Patrycja: - Skleciliśmy ten kram ze śmieci, a ludzie zaczęli do nas podchodzić i pytać o ceny. Myśleli, że mamy jakieś jedzenie albo chińskie skarpety. I wtedy pomyślałam - kuźwa, gdzie ja mieszkam? Przecież w normalnym, cywilizowanym mieście jak ktoś stawia budę z kartonów na środku reprezentacyjnego deptaka i próbuje coś sprzedawać, to ludzie protestują. A nas pytali, co tu będzie do kupienia i czy w fajnej cenie.

Tak więc jeśli macie ochotę na świetny reportaż i sporą porcję estetycznego kaca, polecam gorąco. Tylko ostrzegam, to doświadczenie jak z Matrixa: jeśli łykniecie tę pigułkę, już nigdy nie spojrzycie na polski miejski krajobraz tak samo. 

A wanna z kolumnadą naprawdę istnieje. Widziałam ją na własne oczy. W mieszkaniu w bloku z lat 70., które wynajmują moi znajomi.



RZECZY, KTÓRYCH NIE WYRZUCIŁEM
Marcin Wicha
Wydawnictwo Karakter

Ponieważ pierwsza książka Marcina Wichy, Jak przestałem kochać design, podobała mi się wściekle (pisałam o niej tutaj), jego drugą książkę kupiłam, jak tylko trafiła do księgarni. Wrażenia? Całkiem publicznie i bardzo nieelegancko poryczałam się nad nią w pociągu na trasie Kraków - Gdańsk, więc chyba lepiej być nie mogło.

W Rzeczach, których nie wyrzuciłem autor opisuje proces porządkowania księgozbioru po swojej zmarłej matce. Kolejne tytuły są pretekstem do wspomnień o tej niezwykle ciekawej, ale też dość trudnej w kontaktach kobiecie. O zmarłych zwykło się mówić "dobrze albo wcale", jednak Wicha nie stara się lukrować obrazu matki. I chyba właśnie dzięki temu jego książka jest tak fascynująca i taka prawdziwa.

- Że to jestem ja? No, skoro tak mnie widzisz... - Nie była łatwym odbiorą laurek. Nie była łatwym modelem. Właściwie pod żadnym względem nie było z nią łatwo.

Warczała na nauczycielki. Pacyfikowała sprzedawców. Kazała milczeć antysemickim taksówkarzom.
Terroryzowała ludzi, mówiąc im prawdę prosto w oczy. Nie milkła, kiedy innym było wygodnie, żeby milczała. Nie reagowała na nasze "Psst", "Daj już spokój" i "Nie tak głośno".

Pani Joanna kolekcjonowała książki kucharskie, regularnie wracała do Emmy Jane Austen (tak często, że jej egzemplarz stracił okładkę), miała bogaty zbiór literatury psychologicznej (pracowała w poradni pedagogicznej), była koneserką literatury dziecięcej, wybierającą dla swoich wnuczek tylko "piękne i wartościowe pozycje" ("Bogato ilustrowane książki o pingwinach gejach. O niedźwiedziach z osobowością graniczną. O królikach, do których norek wtargnęła wojna. Książeczki o wiewiórkach uchodźcach".). A kiedy syn w dzieciństwie prosił o kolejną pozycję z księgarni, odpowiadała w sposób, który w jej przypadku zdradzał chyba wysoki poziom aprobaty: "Kupię ci każdą książkę, przynajmniej nie jesteś kretynem".

Matka autora zdecydowanie nie jawi się tu jako osoba typu "do rany przyłóż", a wręcz jak o niej czytam, to trochę się jej boję, jednak w opisach tych wszystkich jej zasad, nawyków, dziwactw i kłótni z otoczeniem (zawsze w słusznej sprawie) jest tyle zrozumienia i miłości, że na zmianę uśmiech pcha się człowiekowi na twarz i gardło ściska się ze wzruszenia.

Biblioteki są zapisami naszych czytelniczych porażek. Jak mało jest książek, które naprawdę nam się podobały. Jeszcze mniej takich, które podobają nam się przy kolejnej lekturze. Większość to pamiątki po ludziach, którymi chcieliśmy być. Których udawaliśmy. Których braliśmy za siebie.

Ta pozycja na pewno nie będzie zmarnowanym miejscem na półce.

sobota, 22 lipca 2017

W dziesiątkę! Czyli wszystkie moje buty

Kiedy jakiś czas temu oznajmiłam na Fejsie, że udało nam się z Dzióbkiem uszczuplić nasze obuwnicze kolekcje do 10 par butów na łebka (wliczając w to kapcie i buty do piłki nożnej), niektórzy byli zszokowani ("Rany! Jak tego dokonałaś? Ja mam 40 par i ciągle mi mało!"), na innych nie zrobiło to wrażenia ("Phi! Też mi wyczyn. Ja mam 4!"), a jeszcze inni domagali się naocznego dowodu ("Pics or it didn't happen!"). No to dzisiaj, z właściwym sobie poślizgiem, spełniam życzenie tej ostatniej grupy.

I kolejny raz podkreślam, że wcale nie uważam, że każdy powinien na gwałt zacząć pozbywać się swoich rzeczy (szerzej pisałam o tym tutaj). Ja się pozbywam tego, czego nie używam, z czystego pragmatyzmu: mniej rzeczy to mniej sprzątania, mniej szukania i więcej miejsca (które w małym mieszkaniu, takim jak nasze, jest na wagę złota). Obuwniczy nadmiar wkurzał mnie szczególnie, bo buty zajmują tego miejsca naprawdę sporo. W naszym poprzednim mieszkaniu w przedpokoju stało kilkanaście par, w moim pokoju piętrzyły się Dwie Wieże Pudeł, a kilka kolejnych poupychanych było w szafie wnękowej. Stopniowo (bardzo stopniowo, bo trwało to w sumie kilka lat) ograniczyłam swój zbiór do 10 par, z czego na dobrą sprawę wystarczyłoby mi 6, ale jeszcze nie dojrzałam, żeby pozbyć się tych pozostałych. 

Zostawiłam ulubione, często noszone, wygodne, pasujące do wszystkiego i... duże. W sensie, nie za duże, tylko konkretne, czy, jak pewnie powiedzieliby niektórzy: toporne. Nie cierpię delikatnych, "seksi" bucików. Czuję się w nich jak kolos na glinianych nóżkach, mam wrażenie, że mojej sylwetce brakuje osadzenia w podłożu i że moja postać jest jakaś nieproporcjonalna. Moje buty muszą być konkretne i na grubej podeszwie. Kolorystycznie raczej u mnie nudno (szalone, kolorowe egzemplarze wyleciały z szafy, bo i tak ich nie nosiłam), no ale na szczęście nie startuję w konkursie na najciekawszą garderobę. Dobra, to to po kolei. Oto, z czego składa się moja kolekcja:



 1. SPORTOWE Tommy Hilfiger, model Jagger

Buty typu wiosna (i trochę lato oraz jesień). Są wygodne, leciutkie, a do tego nie wyglądają jakoś przesadnie sportowo (czego nie lubię). Szybko się je zakłada (tak sobie ustawiłam sznurówki, że nie muszę ich wiązać) i są idealne do jazdy na rowerze. Uwielbiam je do tego stopnia, że chciałam kupić drugą parę na zapas, ale niestety, nigdzie ich nie ma :(
[niedostępne]


2. KLAPKI Birkenstock, model Arizona

Buty typu lato. Przed nimi miałam bardzo podobne klapki, niedostępnej chyba w Polsce marki White Mountain, które służyły mi aż 9 lat. Birkenstocki nie są aż tak wygodne jak tamte (tamte miały bardziej elastyczną, kauczukową podeszwę), ale noszą się naprawdę spoko, dobrze siedzą na stopie i są odpowiednio toporne.


3. SZTYBLETY Ecco, model Elaine

Buty typu jesień (oraz wczesna wiosna i nie-taka-znowu-sroga zima). Przez moją szafę przewinęło się wiele par botków, ale te są zdecydowanie moimi ulubionymi. Obok sportowych Hilfigera (numer 1) to najczęściej noszone buty w mojej kolekcji. Są niesamowicie miękkie, lekkie, wygodne i świetnie izolują od podłoża. Przydały mi się nawet tego lata, podczas wyjątkowo zimnego i deszczowego Open'era.


4. ŚNIEGOWCE Emu, model Paterson

Buty typu zima. Ciepłe, wygodne, nieprzemakalne, a przy tym nieco zgrabniejsze niż klasyczne modele Emu (o ile w przypadku tego typu butów w ogóle można mówić o zgrabności). Niestraszny im śnieg, deszcz ani błotociapa. Nie wyobrażam sobie bez nich zimy.
[do kupienia tutaj - rozmiary mogą być przebrane, ale ten model powraca co zimę]


5. PÓŁBUTY Vagabond, model Amina

Buty typu "na eleganckie wyjście". Jak widać, nie mam obecnie ani jednej pary szpilek ani czółenek na obcasie. Po prostu ich nie lubię i choćby były najstabilniejsze i najdopasowańsze, to w końcu i tak bolą mnie w nich nogi. W tych półbutach obskoczyłam już kilka wesel i innych mniej lub bardziej eleganckich imprez. Za każdym razem gratulowałam sobie tego wyboru.


6. KAPCIE Ugg, model Scuffette II

Buty typu "po domu". Jeden z najlepiej trafionych gwiazdkowych prezentów, jakie dostałam. Noszę je przez cały rok (tak, nawet teraz, kiedy na dworze jest 30 stopni). Wcześniej miałam podobne kapcie Emu, z których też byłam bardzo zadowolona i wszystkim je polecałam, ale jak teraz porównuję obie te pary, to jednak muszę uznać wyższość uggów, które są lżejsze i mają dłuższą i węższą tę górną część, dzięki czemu nie kłapią i nie spadają. No i nie brudzą się tak jak emu, które pod koniec życia były na czubkach prawie czarne, chociaż to akurat mogła być wina koloru (były miodowe).
[do kupienia tutaj - rozmiary mogą być przebrane, ale ten model powraca co zimę]


7. BALERINY Loft37, model Keep It Real

Buty typu "damskie". To chyba najbardziej fikuśny model w mojej kolekcji i jednocześnie jedyny, co do którego można z 99-procentową pewnością stwierdzić, że należy do kobiety. Jest wygodny (giętka podeszwa!), ale noszę go bardzo rzadko i w sumie mogłabym bez niego żyć, więc możliwe, że wyląduje na kolejnej wyprzedaży szafy.
[niedostępne]

8. ŚNIEGOWCE Relaks

Buty typu "na siarczyste mrozy". Są megaciepłe, ale miałam je na sobie tylko kilka razy. Po prostu rzadko bywa aż tak zimno, żeby moje emu (numer 4) nie dawały rady.

9. BOTKI Vagabond, model Grace

Buty typu "nogi do nieba". Swojego czasu chodziłam w nich non stop, ale potem z obiegu wytrąciły je sztyblety Ecco (numer 3), które dzięki płaskiej podeszwie są jeszcze wygodniejsze. Teraz zakładam je rzadko, raczej tylko na imprezy (czyli naprawdę rzadko). W świecie Ryfki ten model można w zasadzie uznać za "seksi".
[do kupienia tutaj i tutaj - rozmiary mogą być przebrane, ale ten model powraca co sezon]


10. KOWBOJKI Russell & Bromley, model Ringo

Buty typu "dawno temu na Dzikim Zachodzie". Są cięższe od pozostałych, swoje przeżyły i praktycznie już ich nie noszę, ale nie umiem się z nimi rozstać, bo to najbardziej znienawidzony model w historii mojego bloga. Nie zliczę, ile razy czytałam w komentarzach: "Wyrzuć te buty!", sami więc rozumiecie - nie mogę dać ich przeciwnikom tej satysfakcji (tym bardziej, że właśnie odkryłam, że na stronie producenta kosztują ponad 200 funtów, a ja je kupiłam na targu staroci za 5 czy 6 dyszek) ;)
[w normalniejszej cenie do kupienia tutaj]


***
Dajcie znać, jak to wygląda u Was. Minimalizm czy kolekcjonerstwo? Macie jakieś ulubione modele, w których chodzicie non stop? Za jakiś czas pewnie będę musiała się zacząć rozglądać za zastępstwem dla moich butów sportowych, więc wszelkie rekomendacje mile widziane!

wtorek, 27 czerwca 2017

Short hair, don't care

Co tam u mnie? Ano, jak już obwieszczałam na Fejsie, nastąpiło wydarzenie dekady i obcięłam włosy. Na krótko. Wiecie, że do fryzjera chodzę rzadko. Tym razem od mojej ostatniej wizyty minęły prawie 2 lata. Stwierdziłam, że skoro udało mi się wyhodować takie długie włosy, to jest to sytuacja idealna, żeby upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: zrobić coś pożytecznego, oddając je Fundacji Ran'n'Roll na peruki dla kobiet w trakcie chemioterapii (minimalna długość to 25 cm), a przy okazji odważyć się na to, co chodziło mi po głowie od dawna (w sumie już od dzieciństwa), czyli obciąć się "na chłopaka".

Efekt poniżej. Pierwotnie fryzura była dłuższa (zaczesywana do góry, z dłuższym tyłem) i choć z początku byłam bardzo zadowolona i z salonu wyszłam, szczerząc się od ucha do ucha, to po kilku dniach doszłam do wniosku, że jednak coś mi nie gra. Że jest za bardzo a la "nowoczesna biznesłumen z polskiego serialu" (wiecie, taki typ grany zwykle przez Małgorzatę Kożuchowską), a za mało a la Ryfka. No więc podczepiłam się pod Dzióbka, który akurat umawiał się do swojej fryzjerki i wczoraj zaliczyłam cięcie numer 2, z finałem, który moim zdaniem znacznie bardziej do mnie pasuje.

Zdjęcia robiłam wczoraj, prosto po fryzjerze, więc fryzura jest świeża, jeszcze nie uleżana (teraz widzę, że na ostatnim zdjęciu utworzyła mi się jakaś dziwna kopułka), ale zapewniam, że moja nowa głowa jeszcze nie raz się tu pojawi - w powiększeniu i na zdjęciach lepszej jakości. A póki co wrzucam foty na gorąco i lecę się pakować na Open'era!

Short hair, don't care!
Podobno to, jak się wychodzi na zdjęciach, zależy od tego, obok kogo się stoi. 
Moim zdaniem krowa wyszła super.

czwartek, 8 czerwca 2017

Poka cycki!

Wszyscy wkoło nawołują do wychodzenia ze strefy komfortu. Proszę bardzo! Niedawno się przełamałam i przemówiłam ludzkim głosem na Instagram Stories. Ale mało mi było tego szaleństwa, więc postanowiłam pójść jeszcze dalej i... błysnąć na blogu gołym biustem. Oprócz golizny mam dzisiaj dla Was jeszcze kilka innych porno-wnętrzarskich gadżetów, więc lepiej zawczasu upewnijcie się, że żadni mieszkaniowi purytanie nie zaglądają Wam przez ramię. Peep show czas zacząć!


BIUŚCIASTY DYWAN
Podobno na widok biustu niektórzy przedstawiciele homo sapiens tracą rozum. Tak zdecydowanie było ze mną, kiedy zobaczyłam na Instagramie ten roznegliżowany dywanik. Nie pomogło tłumaczenie sobie, że jasny dywanik w łazience to nie jest najbardziej optymalne rozwiązanie z możliwych, nie pomogło przeliczanie dolarów na złotówki. Po prostu musiałam go mieć.

Cold Picnic torso bath mat
Cold Picnic torso bath mat
dywanik łazienkowy (ponoć można go prać w pralce) - Cold Picnic / Otherwild.com


DINO I DONICZKI
Moja kolekcja doniczek powoli się rozrasta. Do dość tradycyjnych w kształcie i kolorze egzemplarzy (które pokazywałam w poście balkonowym) dołączyła miodowa doniczka z falbankową obwódką, niebieska o kwadratowym otworze oraz największy dziwak w tym towarzystwie, czyli złoty dinozaur. To coś wystające z jego grzbietu to oplątwa (ang. air plant) - taka szalona roślina, co nie ma korzeni i rośnie bez ziemi (żeby nie zdechła, wystarczy ją spryskać 2-3 razy w tygodniu lub raz na tydzień wrzucić na noc do miski z wodą).

Vintage pots and a dinosaur pot
Dinosaur air plant holder
doniczka z "falbanką" - vintage, Patyna.pl
doniczka niebieska - vintage, Nihil Novi
złoty dinozaur XL z oplątwą - Plantarium / Dawanda.pl (#darylosu)


KOLAŻ, KOLEŻANKO!
Plakat z hasłem Don't grow up, it's a trap, który wisiał w naszej sypialni, pojechał niedawno do nowej właścicielki, ale przyroda nie znosi próżni i na jego miejsce pojawił się nowy, mniejszy, ręcznie robiony kolaż z bardzo podobnym przesłaniem. Jego autorka, Kamila, tworzy takie, trochę zabawne, trochę nostalgiczne, cuda z wycinków z magazynów sprzed 30-50 lat. Mój kolaż trafił do mnie już jakiś czas temu, ale ciągle nie udało mi się znaleźć dla niego godnej (tzn. starej i drewnianej) ramy. Tak więc póki co prezentuję go w wersji "na golasa".

What is adulthood? It's death.
kolaż Dorosłość - Technika kolażu (#darylosu)
nożyczki srebrno-złote - Tiger
nożyczki czarne - COS 


LATAJĄCY DYWAN
Dywany sprawiają, że wnętrze od razu dostaje dodatkowe punkty przytulności, ale za to ja przy odkurzaniu dostaję wyku..., znaczy, strasznie się denerwuję. Jeszcze pół biedy, jak dywan jest duży i obciążony meblami. Ale kiedy jest mały, cienki i lata po całej podłodze, to trzeba się naprawdę nieźle nagimnastykować. Ja, próbując przy wsysaniu okruchów unieruchomić nogami ten tyleż uroczy, co nieposłuszny chodniczek, muszę wyglądać mniej więcej jak Jean-Claude Van Damme w słynnej reklamie ciężarówek.

Kitchen rug
dywanik - Floorist / Bonami.pl


NA KRECHĘ
Miskę z "bakteryjnym" wzorem i ręcznie haftowany obrus dostałam w kwietniu na urodziny. "Ale przecież ty masz urodziny w lutym!" Tak jest, zgadza się, dokładnie dziesiątego, miło że pamiętacie. Nie chodzi jednak o moje urodziny, tylko o urodziny sklepu Punca, w którym można kupić (internetowo lub stacjonarnie, na krakowskim Kazimierzu) polską ceramikę, szkło i inne dodatki do domu. Zwykle unikam niespodzianek (w końcu nikt nie wie tak dobrze, czego potrzebuję, jak ja sama), ale właścicielom Puncy udało się wpasować w wystój naszej chałupy z iście laboratoryjną precyzją.

Bolesławiec bowl
Hand-embroidered table cloth
"bakteryjna" miska - Dorota Koziara, Manufaktura w Bolesławcu / Punca.com.pl (#darylosu)
ręcznie haftowany obrus - Punca.com.pl (#darylosu)
 

środa, 31 maja 2017

Co mamy w szafie?

Pamiętacie reklamę Ikei, w której wystąpiłam 3 lata temu? Szczerze mówiąc, byłam trochę zawiedziona, że Akademia Filmowa pominęła moją wybitną rolę przy oscarowych nominacjach za 2014 rok. Zresztą mniejsza o mnie. Prawdziwym skandalem był brak nominacji dla ekipy filmowej. To, jak udało im się pokazać nasze mieszkanie, w którym nie było wtedy praktycznie żadnych mebli (za to stały stosy pudeł z gratami), tak, że na filmie wygląda na w miarę schludne "skandynawskie" wnętrze, to prawdziwa magia kina. Przy okazji tamtej akcji obiecywałam, że pokażę dokładnie, jak wygląda nasza szafa, i dziś, jedyne 3 lata później, w końcu nadszedł ten dzień!

Od początku mam obsesję na punkcie "rozjaśniania" mieszkania, więc wiadomo było, że szafa musi być biała i z lustrzanymi drzwiami (w których nie tylko można się w całości przejrzeć, czego mi zawsze brakowało, ale które dodatkowo odbijają światło wpadające przez okno). Jak widać, mebel zajmuje niemal całą ścianę sypialni. Po lewej jest ok. 20-centymetrowa luka, w której idealnie mieści się deska do prasowania, a na górze dawniej stały dwa pudła z plecakami i ubraniami do wydania, ale po regularnych czystkach w szafie nie są już potrzebne, bo wszystko elegancko mieści się w środku.

Nasz PAX składa się z 3 modułów (o szerokości 100 cm, 100 cm i 50 cm) i ma wysokość 236 cm. Ponieważ drzwi sypialni znajdują się blisko rogu i otwierają się "na szafę", pierwszy moduł jest płytszy niż pozostałe i ma tylko 38 cm głębokości. To wystarcza na ubrania składane w kostkę, czyli koszulki, swetry, spodnie, oraz na ręczniki, pościel itd. Drugi i trzeci moduł mają już głębokość 60 cm, dzięki czemu można było zamontować w nich drążki na ubrania (w płytszych szafach też jest to możliwe, ale wtedy drążki są montowane prostopadle do ściany i wysuwane do przodu - jak tutaj; to mniej wygodne, ale jeśli ktoś ma bardzo mało miejsca, lepsze to niż nic). Drugi moduł, podobnie jak pierwszy, podzieliliśmy równo na pół. Na wieszakach trzymamy krótkie rzeczy wiszące (koszule, żakiety, garnitur itd.), w szufladach - bieliznę i skarpetki, a w wysuwanej gablotce - krawaty, paski i inne drobiazgi. Trzeci moduł to już tylko moje królestwo: sukienki, cienkie płaszcze oraz torebki na wysuwanym wieszaku. Na górnych i dolnych półkach drugiego i trzeciego modułu trzymamy walizkę, torby podróżne i plecaki.

Jak oceniam szafę po 3 latach użytkowania? Nadal jestem z niej bardzo zadowolona i nadal uważam, że był to jeden z najlepszych interesów, jakie zrobiłam dzięki blogowaniu. No ale nie byłabym sobą, gdybym nie doszukała się jakichś minusów. Znalazłam dwa. Po pierwsze, jakiś czas temu zepsuło się światło w drugim module - to chyba jakiś problem z fotokomórką, bo światło nie gaśnie po zamknięciu drzwi. Ciągle zapominam, żeby zapytać o to obsługę w Ikei. Pewnie dlatego, że wyłączyłam światło całkiem (również w trzecim module; w pierwszym go nie było), przez co zupełnie o tej usterce nie pamiętam.  Po drugie, gdybym projektowała szafę teraz, to w pierwszym module zamiast tych długich szuflad i koszyków wybrałabym takie na połowę szerokości (jak w module drugim) albo najzwyklejsze półki. Bo w tym momencie, żeby wyciągnąć coś z szuflady, muszę otwierać oboje drzwi na oścież i przy okazji zamykać drzwi sypialni. Na szczęście trzymamy tam rzeczy rzadko używane, więc nie jest to bardzo uciążliwe.

Bebechy naszej szafy w całej okazałości wraz ze szczegółowym podziałem organizacyjnym możecie zobaczyć poniżej. Jak widać, podzieliliśmy się z Dzióbkiem sprawiedliwie. Ten trzeci moduł to taka mała zmyłka, bo gdyby moje rzeczy złożyć w kostkę, zmieściłyby się w takim samym koszyku co Dzióbkowe ubrania sportowe. Okrycia wierzchnie i buty trzymamy w drugiej szafie w przedpokoju (w której jest również "kącik gospodarczy"). Będzie o niej osobny wpis (obiecuję, że wcześniej niż za 3 lata).

PS
Kilka dni temu zrobiłam kolejną wyprzedaż na Allegro (w końcu ten porządek nie bierze się znikąd). Kilka rzeczy nadal czeka na nowych właścicieli (m.in. moja słynna karmelowa torebka Ochnika). Może znajdziecie coś dla siebie? Zapraszam tutaj.

My closet
Tak to wygląda na co dzień.
My closet
Tu widać różnicę głębokości między pierwszym a drugim modułem.
My closet
Sezamie, otwórz się!
My closet
Na niebiesko rzeczy Dzióbka, na żółto moje, na czerwono wspólne / ogólnodomowe.
My closet
Tyle długich portek i ani jednych szortów.
My closet
Szaroburo. Tak, jak lubię.
My closet
Pościel, obrusy i koce.
My closet
Bardzo mnie ta kolorystyczna harmonia uspokaja.
My closet
W wysuwanej gablotce zamiast diamentowych kolii - odkłaczarki i golarki do swetrów.
My closet
Tę walizkę przywiózł mi Dzióbek ze swojej pierwszej podróży do Stanów (stwierdził, że jest tak babciowa, że na pewno mi się spodoba). Trochę taki Vuitton dla ubogich, ale mam do niej sentyment.
My closet
Moja ulubiona część. Ależ te wzory super razem wyglądają!
My closet
Wysuwany wieszak na torebki - bardzo przydatna rzecz.
My closet
Torba, którą kupiłam 10 lat temu na targu staroci. Nadal w ciągłym użyciu.
My closet
  W kącie, za drzwiami czai się deska do prasowania (jest z Bonami, pokazywałam ją szczegółowo w tym poście).

sobota, 20 maja 2017

Dziewczę z sadu

Poznajcie najpiękniejszą bluzkę, jaką kiedykolwiek miałam - z cieniutkiego jak mgiełka batystu, o rękawach bufiastych tak, że usatysfakcjonowałyby nawet Anię z Zielonego Wzgórza, a w dodatku unikalną, bo uszytą specjalnie dla mnie na podstawie wzoru sukienki z jesienno-zimowej kampanii marki A2 (która ostatecznie nie weszła do kolekcji). Miesiąc temu planowałam w niej wystąpić na pewnej uroczystości, nie powiem jakiej, żeby znowu nie wzbudzać sensacji, ale wszyscy dobrze wiemy, że chodzi o wesele. Niestety, na miejscu okazało się, że o ile w domowym lustrze wszystko wyglądało OK, to w pokoju hotelowym, przy dziennym świetle i dość niskiej temperaturze, przypominam bardziej radio Stolica z pokrętłami gotowymi do wyszukiwania stacji, ewentualnie żywą reklamę akcji #FreeTheNipple. Bluzka cienka, stanik cienki... obyczajowe Fakapulco wisiało w powietrzu (a naprawdę aż tak mi nie zależało, żeby zostać atrakcją wieczoru). Całe szczęście, że zauważyłam to przed imprezą, miałam drugi strój na zmianę i mogłam się przebrać. Bluzkę natomiast założyłam na after następnego dnia, skrywając radyjko pod żakietem (na tej imprezie byliśmy tylko przez 3 godziny, więc dałam radę). Galaktyka została uratowana!

Po tej przygodzie stało się jasne, że na gwałt potrzebny mi nowy, porządny, dobrze maskujący stanik. Staników programowo unikam, noszę tylko wtedy, kiedy głupio czułabym się bez (tzn. kiedy mam na sobie cienką, gładką i/lub prześwitującą górę) i nienawidzę ich kupować, bo to zwykle żmudny proces wymagający miliona przymiarek. Tak więc bardzo się zdziwiłam, kiedy weszłam do Triumpha, podałam ekspedientce moje wymiary oraz wymagania (gładki, bez ozdób i fiszbin) i pierwszy zaproponowany przez nią biustonosz pasował idealnie! Okazało się, że to model WOW Comfort marki Sloggi, ten z tej reklamy, w której pani biega po mieście i każe wszystkim (łącznie ze swoim chłopakiem) przymierzać swój superwygodny stanik. Powiem Wam, że ta reklama nie jest ani trochę przesadzona. Możliwe, że ominął mnie jakiś skok rozwojowy w branży bieliźnianej, bo od moich ostatnich stanikowych zakupów minęło kilka lat, ale byłam w szoku, że biustonosz może być tak wygodny i dobrze dopasowany. Przylega idealnie (obstawiam, że m.in. dzięki szerokiemu mostkowi); nie ma fiszbin, ale jednocześnie nie jest flakiem, bo w środku ma elastyczną siateczkę, która trzyma kształt; nie ma poduch; jest idealnie gładki i nie odznacza się pod ubraniem; a do tego bonusowo po wewnętrznej stronie ma tłoczone kwiaty, o których wiem tylko ja (no i teraz pół internetu). Jeśli ten pean wydaje Wam się trochę podejrzany, to od razu zaznaczam, że Sloggi nie zapłaciło mi za reklamę (chociaż wiem, że jakiś czas temu promowali się na blogach). To ja im zapłaciłam, co więcej, mam zamiar jeszcze dopłacić - za drugi egzemplarz w kolorze czarnym.

Przy tych niesamowitych opowieściach historia mojej nowej torby wypada megablado, bo po prostu zobaczyłam ją na Instagramie Panny Lemoniady i po krótkiej dyskusji z samą sobą ("Jest taaaaka pięęękna!" "Ale przecież miałaś pozbywać się toreb, a nie kupować nowe!") po prostu pojechałam ją kupić. Nie mogę się nadziwić, że ta zewnętrzna część jest wykonana z jednego, odpowiednio poprzecinanego kawałka skóry, bez żadnego szycia (nie licząc wzmocnienia rączek i dna).

A w klapkach pomykam już trzecie lato, ale na blogu jakimś cudem pojawiają się dziś po raz pierwszy. Myślę, że stanowią godne zastępstwo dla moich poprzednich ortopedyków, które nosiłam przez 9 lat, aż w końcu je rozwaliłam, spadając w nich z krawężnika podczas przeprowadzki (adekwatna kara za nieprzestrzeganie przepisów BHP). Gdybyście rozważali zakup takich seksownych laczków, to zwróćcie uwagę na materiał, bo byłam pewna, że wszystkie birkenstocki są w całości skórzane, a tymczasem okazało się, że górna część większości modeli jest zrobiona z tworzywa. Ale skórzane też mają (ja właśnie takie kupiłam), tylko trzeba poszukać.








kapelusz - Bytom
bluzka z falbanami - A2 (#darylosu), jeśli Wam się podoba, to w aktualnej wiosenno-letniej kolekcji pojawił się bardzo podobny model (po zapisaniu się do newslettera rabat -15%)
dżinsy - Lee
biustonosz - Sloggi, model WOW Comfort (nie widać go na zdjęciach, ale jego rola jest tu kluczowa)
torba - Zara

czwartek, 11 maja 2017

#RyfkaCzyta: Mężczyźni z różowym trójkątem i Czyje jest nasze życie?

Trzeci post w miesiącu? Nie wiem, co tu się odryfkawia, ale nie wnikam, tylko działam, zgodnie z zasadą Króla Juliana: "prędko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu!" Albo raczej: prędko, póki są tematy i wena nie odpuszcza!

Po Micie urody miałam ochotę na jakąś bardziej rozrywkową i odmóżdżającą lekturę, ale... trochę nie wyszło. Nie żałuję jednak, bo wpadły w moje ręce dwie naprawdę świetne książki, może nie najlżejszego kalibru (zwłaszcza pierwsza), za to zdecydowanie warte polecenia.

Mężczyźni z różowym trójkątem, Czyje jest nasze życie?


MĘŻCZYŹNI Z RÓŻOWYM TRÓJKĄTEM
Heinz Heger
Ośrodek Karta

To relacja Austriaka Josefa Kohouta, który w 1939 roku został aresztowany za homoseksualizm (po tym, jak Gestapo przechwyciło kartkę świąteczną wysłaną przez niego do ukochanego) i następne 6 lat spędził w obozach koncentracyjnych. To pierwsza opublikowana historia osoby homoseksualnej prześladowanej w okresie nazistowskim. Książka powstała na podstawie rozmów między Josefem Kohoutem a jego przyjacielem Johannem Neumannem w latach 1967-68. Ponieważ homoseksualizm w Austrii i Niemczech był karany aż do przełomu lat 60. i 70., a później stanowił powód społecznego wykluczenia, aby chronić tożsamość obu panów (Neumann również był gejem), książka została wydana w 1972 roku pod pseudonimem Heinz Heger, a niektóre fakty (takie jak wiek bohatera czy szczegóły aresztowania) delikatnie zmienione.

Mężczyźni z różowym trójkątem to zapis wydarzeń od aresztowania, przez pobyt w kolejnych obozach, relacje z współwięźniami i esesmanami, awans na pierwszego w historii obozu kapo z różowym trójkątem aż po wyzwolenie w 1945 roku. Tak Josef/Heinz opisuje pozycję gejów w obozowej hierarchii:

Różowe trójkąty były większe od pozostałych o dwa do trzech centymetrów - chodziło o to, by można było rozpoznać nas z daleka jako pedałów.

Żydzi, homoseksualiści, Cyganie, czyli noszący żółte, różowe i brązowe symbole, byli więźniami najbardziej udręczonymi przez esesmanów i kapo. Określano ich jako ludzkie śmiecie, które nie miały w ogóle prawa do życia na niemieckiej ziemi i miały zostać zniszczone. Takie były często i z upodobaniem powtarzane słowa komendanta obozu i jego dowodzących esesmanów. Najgorszym odpadem z tych "śmieci" byliśmy my, mężczyźni z różowym trójkątem.

Upadek III Rzeszy wcale nie oznaczał dla różowych trójkątów końca prześladowań. Homoseksualizm w Niemczech i Austrii był przestępstwem jeszcze przez ćwierć wieku. Homoseksualni więźniowie nie tylko nie mogli więc liczyć na żadne odszkodowania ani rehabilitację, ale musieli ukrywać swoje preferencje, by z obozu nie trafić prosto do więzienia. Nawet później muzea, miejsca pamięci czy badania historyczne pomijały tę grupę, odmawiając jej przynależności do "dobrego towarzystwa ofiar". Ta książka po raz pierwszy pozwoliła różowym trójkątom opowiedzieć o swoich doświadczeniach i sprawiła, że inne ofiary zdobyły się na odwagę, by również zabrać głos. Bo, jak we wstępie wydawcy pisze Anna Richter, "nie chodzi tu o licytowanie się lub porównywanie wymiaru cierpienia, lecz o pozwolenie wszystkim ofiarom na wypowiedzenie doznanej krzywdy i pamięć o niej".

Cóż ja takiego zrobiłem, bym miał tak ciężko za to pokutować? Czy byłem zboczeńcem albo zagrożeniem dla narodu? Pokochałem przyjaciela, mężczyznę - i nie był to młodociany, tylko 24-tetni, dorosły człowiek! Nie widziałem w tym niczego strasznego czy niemoralnego.

Co to za świat i co to za ludzie, którzy decydują za dorosłego człowieka, kogo i jak wolno mu kochać? Czy to nie zahamowani seksualnie i obarczeni kompleksem niższości ustawodawcy zawsze najgłośniej krzyczą o "zdrowych odruchach narodu"?

Historia różowych trójkątów pokazuje, do czego prowadzi nienawiść i, co dość przerażające, wydaje się dziś wyjątkowo aktualna. To, że osoby niehetero w Polsce nadal nie mogą trzymać się na ulicy za ręce bez obawy, że ktoś je pobije albo przynajmniej zwyzywa, a na zeszłorocznym Marszu Równości w Krakowie grupka łysych panów wysyłała mnie i innych uczestników "do gazu", to nic w porównaniu z tym, że dosłownie kilka dni po tym, jak odłożyłam tę książkę na półkę, myśląc: "Uff, jak dobrze, że mamy 2017 rok", w mediach gruchnęła wiadomość o powstaniu w Czeczenii obozów koncentracyjnych dla gejów (!) oraz masowych aresztowaniach, torturach, a nawet morderstwach. Na początku nie chciałam w to wierzyć i miałam nadzieję, że to kolejny fejk nius w stylu Niebieskiego Wieloryba. Niestety, to się dzieje naprawdę. Jeśli chcielibyście pomóc, to na stronie Kampanii Przeciw Homofobii trwa zbiórka pieniędzy na ewakuację osób zagrożonych, a tutaj możecie podpisać petycję Amnesty International.




CZYJE JEST NASZE ŻYCIE?
Olga Drenda i Bartłomiej Dobroczyński
Miesięcznik Znak 

Zwykle kiedy jakieś wydawnictwo pisze mi, że właśnie wydało nowość, która "z pewnością mnie zainteresuje", to ma na myśli kolejny modowy poradnik, ewentualnie tzw. literaturę kobiecą, czyli coś, co interesuje mnie niezbyt, w porywach do wcale. Jak mantrę powtarzam w mejlach, że moje czytelnicze klimaty to bardziej reportaże, język, reklama, feminizm, dizajn i przestrzeń miejska, ale wygląda na to, że jeśli ma się słowo "szafa" w nazwie bloga, to jest się skazanym na propozycje spod znaku "jak być fit i/lub glamour". Tę serię szczęśliwie przerwał Miesięcznik Znak.

Czyje jest nasze życie? to rozmowa Olgi Drendy - etnolożki, antropolożki kultury i autorki książki Duchologia polska (którą właśnie czyta Dzióbek i bardzo chwali) z dr hab. Bartłomiejem Dobroczyńskim - psychologiem, historykiem psychoanalizy i kierownikiem Zakładu Psychologii Ogólnej na UJ. Autorzy sami siebie nazywają "mącicielami o dwóch głowach", bo zadają trudne pytania, zachęcają do zastanowienia się nad sobą, nad tym, jak działamy i co nami kieruje, do spojrzenia na znane kwestie z nowej perspektywy, słowem: wyciągają ludziom wtyczki bezpieczeństwa.

O czym rozmawiają? O wszystkim! Książka podzielona jest na kilka części: Ciało, My i inni, Rzeczywistość, Transcendencja, Wartości. Jest tu o kulcie wyglądu, o polskiej mentalności, internetowych ekspertach od wszystkiego, Platonie, Freudzie, eutanazji, figurze Chrystusa w Świebodzinie, a nawet o... Maffashion (tak, tak). Czasem mówi się, że coś (książka, film, sztuka) "ryje mózg". No to ja bym powiedziała, że ta książka nie tyle ryje, co spulchnia mózg. Czytając ją, na zmianę z satysfakcją pokrzykiwałam: "Ha! No przecież zawsze to powtarzam!"; ze wstydem biłam się w pierś, odnajdując w niektórych przykładach własne niechlubne postawy; mruczałam w takt kręcących mi się pod czaszką trybików; i sprawdzałam w Guglu trudne wyrazy.

W książce jest tyle ciekawych myśli i trafnych podsumowań, że po mojej lekturze strony są teraz pomarańczowe od  zakreślacza. Poniżej mała próbka na zachętę:

O tym, w co grają Polacy (to zdecydowanie mój ulubiony fragment):

Eric Berne jest autorem interesującej koncepcji przedstawionej w książce W co grają ludzie. Psychologia stosunków międzyludzkich. Używając języka jego teorii, powiedziałbym, że w Polsce ulubioną grą jest gra w "przyłapałem cię, ty sukinsynu" oraz postawa "ja jestem OK, a wy nie jesteście OK" albo "ja nie jestem OK, ale wy też nie jesteście OK".
I dalej:
Mało jest u nas sytuacji, w których ludzie coś podziwiają, afirmują, doceniają czyjeś osiągnięcia albo szanują czas i wysiłek innych. Sukces innej osoby działa na innych przygnębiająco, starają się więc go zamaskować, zaś samo osiągnięcie - zdemaskować, uznać za rzekome i pozorne. Bo każda dobrze napisana powieść koleżanki ujawnia to, że ja takiej nie napisałem. Mogę więc spróbować sam ją napisać albo ocenić tę powieść nisko i powiedzieć wszem i wobec, co należałoby zrobić, żeby napisać lepszą. Osiągam więc sukces.

O kulcie wyglądu:
To nie jest tak, że wstyd w odniesieniu do ciała przestał istnieć, raczej przesunął się na inną pozycję: powodem wstydu jest bardziej to, że nie ma się czym pochwalić.
Zaryzykuję i zabrzmię pewnie jak Ania z Zielonego Wzgórza, ale poprzestanie na tym, co mamy, to w pewnym sensie najbardziej anarchiczna, buntownicza postawa w dzisiejszych czasach.

O Polsce:
Polska jest krajem stanowczo nadmiernie zideologizowanym. Za dużo światopoglądów, przekonań, uczuć religijnych, za mało zdrowego rozsądku, empatii i intelektu. No i niemal zupełny brak dystansu i ironii.

O (jakże popularnej w internecie) postawie pt. "jak dla mnie to głupie, no ale ja się nie znam":
Kartezjusz kiedyś dość przewrotnie zauważył, że nic nie zostało równie sprawiedliwie rozdzielone pomiędzy ludźmi jak rozum, bowiem każdy z nas uważa, że ma go wystarczająco dużo. Zatem mając do wyboru przyznanie, że nie jest się w stanie pojąć jakiejś idei artystycznej czy naukowej, albo stwierdzenie, że w takim razie ta idea jest "głupia" - raczej wybiera się to drugie. To bezpieczniejsze z psychologicznego punktu widzenia: ochrania moje dobre mniemanie o sobie, a równocześnie potwierdza, że żyję w przyjaznym i zrozumiałym wszechświecie. W przeciwnym razie musiałbym przyznać, że rzeczywiście czegoś nie pojmuję i coś mnie przerasta, co w rezultacie wywołałoby we mnie niską samoocenę i poczucie alienacji.

Jeśli podejrzewacie, że to może być książka w Waszym typie, to dobrze się składa, bo teraz na hasło RYFKA możecie ją kupić na stronie Znaku z rabatem -35% i darmową dostawą do kiosków Ruchu (rabat jest liczony od ceny okładkowej i jest ważny do 30 czerwca 2017). Szczegóły tutaj.

piątek, 5 maja 2017

Piękna i Bestia

Wyciągnęliście już swoje machiny i rozpoczęliście sezon rowerowy? Ja mojej Bestii (albo Piękności - bo różnie można interpretować, kto jest kim w tym duecie) nie musiałam znikąd wyciągać, bo u mnie sezon rowerowy nigdy się nie kończy. Wyznaję zasadę, że nie ma pory roku nieodpowiedniej na rower, może być co najwyżej nieodpowiednia pogoda (ulewa, śnieżyca, tornado).

Na szczęście przedwczoraj pogoda była całkiem niezła i mogliśmy w końcu obfocić moją nową, wielce rowerową stylówkę. Kiedy jakiś czas temu dziewczyny z marki Medicine (która napędza dzisiejszy wpis) powiedziały mi, że wspólnie z Bike Belle szykują minikolekcję koszulek z grafikami rowerowymi, i spytały, czy jest to temat, który by mnie interesował, z typową dla siebie skromnością odparłam, że nie mogły lepiej trafić. Od pewnego czasu bardzo podoba mi się kierunek, w którym idzie Medicine: kolekcje z nadrukami autorstwa polskich grafików, ilustratorów, a nawet tatuatorów, bluzy i sweterki dla psów, z których część pieniędzy idzie na pomoc psiakom ze schroniska, czy możliwość wymiany książek w salonach. A jak do tego zestawu wjeżdża jeszcze rower, to po prostu nie mogę tego nie propsować.

Kolekcja Let's bike! jest efektem konkursu dla grafików i ilustratorów ogłoszonego jesienią zeszłego roku z okazji urodzin Bike Belle. Autorkami zwycięskich projektów, które znalazły się na koszulkach Medicine oraz rowerowych gadżetach Bike Belle, są Olga Kawa, Joanna Pałka, Dora Ilustra oraz Ewelina Karpowiak. Mnie najbardziej przypadła do gustu koszula z kimonowymi rękawami oraz biały T-shirt z rowerowym dymkiem (rower to jedyny nałóg, jaki toleruję!). Ubrania z kolekcji są luźne (ja mam na sobie S-kę), miękkie i mają dobre składy (koszulki damskie to 100% bawełny, koszula - 100% wiskozy, a męski T-shirt - 80% bawełny i 20% poliestru). Do kompletu wybrałam sobie rurki z zamkami z tyłu i haftowanym napisem LOST SOUL, który idealnie pasuje do rowerzystki takiej jak ja - z zerową orientacją w terenie.

Let's bike!
Let's bike!
Let's bike!
Let's bike!
Let's bike!
Let's bike!
Let's bike!
koszula - kolekcja Let's Bike! Medicine x Bike Belle
spodnie - Medicine (ja mam granatowe, ale są też czarne)
buty - Tommy Hilfiger
rower - Chillovelo
koszyk - Bike Belle

poniedziałek, 1 maja 2017

Optymalizacja według Ryfki: Wyrzucanie

Dorastałam w domu, który można nazwać koszmarem każdego minimalisty (i w ogóle każdego człowieka, który lubi porządek i nie lubi nadmiaru). U nas niczego się nie wyrzucało! I o ile reperowanie popsutych rzeczy zamiast wywalać je od razu na śmietnik jest oczywiście godne pochwały i bardzo eko, to nigdy nie widziałam sensu przechowywania każdej pierdoły, bo "może kiedyś się przyda". U Rodziców do tej pory jest cała szafka wypchana włóczkami Mamy (ostatni raz miała w rękach druty chyba w latach 90.), w piwnicy kurzy się kilka nieużywanych serwisów do kawy, nowiutkich żelazek z lat 80. (Babcia prowadziła sklep w PRL-u), jakieś stare zabawki, stosy magazynów motoryzacyjnych Taty i całe pudła rupieci, które przez ponad 20 lat jakimś cudem do niczego się jednak nie przydały. 

Strasznie mnie to zawsze wkurzało i jako nastolatka wielokrotnie proponowałam swoją pomoc w odgraceniu którejś szafy czy pomieszczenia, ale Mama się nie zgadzała, obawiając się, że wyrzucę coś potrzebnego (aha), a nigdy nie miała czasu, żeby zająć się tym razem ze mną. Bo tak naprawdę jej to po prostu nie przeszkadzało. Za to ja nie mogłam się doczekać, aż będę dorosła, wyprowadzę się do własnego mieszkania i wszystko będę robić inaczej. I wiecie co? Robię!

Just dump it collage
kolaż - Dzióbek


Zanim  podzielę się z Wami moimi doświadczeniami w temacie pozbywania się nadmiaru, chciałbym coś wyjaśnić: absolutnie nie namawiam do tego KAŻDEGO. Jeśli dobrze czujecie się z liczbą otaczających Was rzeczy, lubicie chomikować, a Wasze zbiory w żaden sposób nie utrudniają Wam życia (vide moja Rodzicielka), spokojnie możecie teraz przestać czytać tego posta. Jeśli natomiast, tak jak mnie, do szału doprowadzają Was nieużywane przedmioty, to... też możecie przestać czytać, bo pewnie już znaleźliście sposób, żeby się ich pozbyć. Do kogo więc ja to wszystko piszę? Do wszystkich tych, którzy są gdzieś pomiędzy - chcieliby odgracić swoją przestrzeń, ale nie bardzo wiedzą, od czego zacząć, albo po prostu potrzebują motywacyjnego kopa. I nie bójcie się, fanatyzm w każdej postaci jest mi obcy, więc nie będę Was namawiać do liczenia majtek ani pozbywania się ulubionej kolekcji magnesów z podróży. Tu nie chodzi o minimalizowanie, tylko o optymalizowanie.

W sumie wszystko sprowadza się do prostej zasady: NIE UŻYWASZ? POZBĄDŹ SIĘ! I tak, wiem, że los bywa złośliwy i czasem wystarczy wyrzucić jakąś głupią deskę, która leżała pod biurkiem przez 4 lata, żeby za kilka dni kawałek drewna o dokładnie takich wymiarach był nam do czegoś potrzebny (historia z mojego życia), ale coś Wam powiem [uwaga, włączam ton life coacha]: DACIE SOBIE RADĘ. Serio. Nie warto przez lata trzymać czegoś, co BYĆ MOŻE KIEDYŚ się przyda. Będziecie się martwić, kiedy nadejdzie to "kiedyś". Jak Scarlett O'Hara. I na bank jakoś dacie sobie radę.
Jak to wygląda  u mnie?


1. JESTEM ZE SOBĄ SZCZERA

Nieważne, jak rozsądni jesteśmy i jak staramy się nie kupować niepotrzebnych rzeczy (o zakupach z mózgiem pisałam tutaj), prędzej czy później zgromadzimy mniejszy lub większy stos zbędnych przedmiotów. Wiem, że czasem trudno jest się przyznać przed sobą, że czegoś nie potrzebujemy. Łudzimy się, że jeszcze to założymy, że schudniemy, że na pewno w końcu pojawi się odpowiednia okazja, mamy wyrzuty sumienia z powodu wydanej kasy i nie chcemy dopuścić do siebie myśli, że jakiś zakup był po prostu złą decyzją. No i przecież fajnie mieć szafę jak Carrie Bradshaw!

W procesie eliminacji kluczowa jest szczerość wobec siebie i świadomość własnych potrzeb. Niedawno na Fejsie pochwaliłam się, że udało mi się ograniczyć moją kolekcję butów do 10 par. Niektórzy byli w szoku: jakim cudem?! A mnie cały ten proces zajął w sumie kilka lat. Obstawiam, że w szczytowym momencie mogłam mieć ok. 40 par. Stopniowo pozbywałam się tych, w których nie chodziłam, które przestały mi się podobać lub były po prostu niewygodne. Z niektórymi tak trudno było mi się rozstać, że przymykałam na nie oko podczas kolejnych przeglądów szafy i musiało minąć naprawdę duuuużo czasu, zanim zdecydowałam się wystawić je na Allegro. Uświadomiłam sobie jednak kilka rzeczy: że tak naprawdę używam na zmianę tylko kilku par; że jeśli mam kolorowe buty, to praktycznie nigdy ich nie noszę; że nie podobają mi się delikatne, kobiece fasony; i że nie chcę się zmuszać do chodzenia na obcasach. Teraz mam 10 par i myślę, że jest szansa na pozbycie się jeszcze ze 3 z nich. Czy uważam, że wszyscy powinni mieć tyle co ja? W żadnym razie. Po prostu ta liczba jest w tym momencie DLA MNIE optymalna.


2. DZIAŁAM STOPNIOWO I POWTARZALNIE

Marie Kondo, autorka Magii sprzątania, radzi, żeby za eliminację zabrać się z grubej rury i przeprowadzić ją raz, a dobrze. To ma być totalna rewolucja i gruntowne oczyszczenie. Być może u niektórych takie podejście się sprawdzi, ale mój wewnętrzny leń na samą myśl o tak gigantycznym zadaniu ma ochotę zaszyć się pod kocem, a mój wewnętrzny pragmatyk przytomnie podpowiada, że w prawdziwym świecie mało kto ma możliwość poświęcenia kilku dni na przeglądanie po kolei całego swojego dobytku, dziękowanie każdemu przedmiotowi za jego dotychczasową służbę i zastanawianie się, czy aby na pewno jego posiadanie go uszczęśliwia.

Poza tym nie da się dokonać eliminacji niepotrzebnych rzeczy raz na zawsze. To ciągły proces. Dlatego ja stosuję metodę małych kroków. Rozprawiam się z nadmiarem stopniowo, partiami, (np. dzisiaj magazyny, jutro buty, za tydzień kosmetyki), regularnie wracając do już "podbitych" terytoriów, bo po pierwsze, do niektórych decyzji trzeba dojrzeć (spoko, to nie wyścigi), a po drugie, rzeczy się niszczą, przybywają nowe, zmieniam się też ja sama, dlatego co jakiś czas sprawdzam, czy dany zbiór nadal pasuje do aktualnej mnie.


3. OD CZEGO ZACZĄĆ?

Moim zdaniem odgruzowywanie mieszkania najlepiej zacząć od czegoś łatwego, niewzbudzającego emocji i stopniowo przechodzić do rzeczy bardziej kłopotliwych (ubrania, pamiątki, książki). Kolejność może być na przykład taka:
  • Produkty przeterminowane (jedzenie w lodówce i szafkach, kosmetyki, lakiery do paznokci, leki) - Tutaj nie ma co dumać, po prostu TRZEBA je wyrzucić. Zdziwisz się, ile takich rzeczy masz w domu.
  • Stare podręczniki szkolne, kserówki, notatki ze studiów - Nie, już Ci się nie przydadzą.
  • Magazyny, katalogi - Kiedy ostatnio do nich zajrzałaś? Stosy Vogue'ów wyglądają fajnie na zdjęciach z Instagrama, ale tak naprawdę tylko zawalają miejsce.
  • Pudełka po sprzętach elektronicznych - My je często zachowujemy, na wypadek gdyby ze sprzętem coś się działo i trzeba było go odesłać. NIGDY nic się nie dzieje.
  • Stare gwarancje, instrukcje obsługi - Założę się, że części tych sprzętów nawet już nie masz.
  • Duplikaty - Po co Ci dwie trzepaczki do jajek albo 5 kompletów pościeli, jeśli masz tylko jedno łóżko?
  • Durnostojki - Lubię ładne ozdoby, ale przed zbieractwem skutecznie chroni mnie moje własne lenistwo. Odkurzanie maleńkich figurek, szkatułek i wazoników to moja wizja piekła. Nie lepiej zostawić tylko kilka naprawdę ulubionych? Pomyśl, ile czasu dzięki temu zaoszczędzisz.
  • Pamiątki - Jestem dość sentymentalna i gdybym żyła w XIX wieku, to pewnie miałabym gdzieś zachomikowany pukiel włosów Dzióbka. A nie, zaraz, w sumie to mam (nie żartuję). Dlatego nie namawiam nikogo do pozbywania się albumów ze zdjęciami czy listów miłosnych. Ale kartki z wakacji od znajomych (tu zgadzam się z Marie Kondo: spełniły swoje zadanie, czyli ucieszyły Cię w dniu, kiedy przyszły, ale na tym ich rola się skończyła) czy jakieś foldery z muzeów odwiedzonych w podróży nie są Ci do niczego potrzebne.
  • Książki - Ulubione książki, które "zmieniły Twoje życie", i/lub do których regularnie wracasz, słowniki czy inne przydatne pozycje oczywiście powinny zostać. Ale warto się zastanowić, czy część Twojej kolekcji to nie zwykłe wypełniacze półek i zbieracze kurzu. Ja pozbywam się tych książek, które: przeczytałam i mi się nie podobały, ale komuś mogą; przeczytałam i mi się podobały, ale wiem, że nie będę do nich wracać; nie przeczytałam i nie mam zamiaru czytać.
  • Ubrania, buty, dodatki - Kategorie z gatunku trudnych. Są różne szkoły. Niektórzy radzą pozbywać się wszystkiego, czego nie używało się od 6 miesięcy, roku czy 2 lat. Ja doradzam przede wszystkim szczerość wobec siebie (patrz punkt 1) i pozbywanie się: rzeczy zniszczonych, dziurawych i poplamionych (niby oczywista oczywistość, a zawsze coś takiego się w szafie ukryje), nielubianych rzeczy, których i tak nie nosisz (w sumie co one jeszcze robią w Twojej szafie?), nielubianych rzeczy, które nosisz (bo są wygodne albo po prostu się do nich przyzwyczaiłaś; wyrzuć je, inaczej nie przestaniesz w nich chodzić - coś o tym wiem), lubianych rzeczy, których nie nosisz (leżą w szafie, lubisz na nie popatrzeć, ale wiesz, że ten związek nie ma przyszłości - zwolnij miejsce na coś fajnego, czego naprawdę będziesz używać!).

4. ZNAJDUJĘ RZECZOM NOWY DOM

Co robić z niepotrzebnymi rzeczami? W mojej karierze eliminatora bardzo rzadko zdarza się, żebym coś po prostu wyrzuciła na śmietnik (musi być naprawdę zniszczone albo zepsute). Zamiast tego polecam:
  • Allegro.pl - Używam raczej do sprzedawania rzeczy cenniejszych, sprzedaż drobiazgów to gra niewarta świeczki (zamieszanie z wysyłką, do tego jeszcze opłaty za wystawienie i sprzedaż).
  • OLX.pl - Sprawdza się do sprzedaży rzeczy trudnych do wysyłki (meble, lampy stojące itd.), bo kupujący sam podjeżdża po towar. Jestem wielką fanką kategorii "Oddam za darmo" - zwykle w ciągu kilku minut po umieszczeniu ogłoszenia mam już kilkunastu chętnych. Plusem jest też brak jakichkolwiek opłat za wystawienie.
  • Vinted.pl - Serwis, na którym można sprzedawać lub wymieniać ubrania. Sama nie korzystam, ale wiem, że działa dość prężnie.
  • Znajomi, rodzina - Marie Kondo uważa, że nie powinno się przerzucać swojego balastu na innych, i zamiast pytać "Czy chcesz tę rzecz?", należy pytać "Czy jest coś, czego potrzebujesz?" Jeśli nasz znajomy wymieni przedmiot, który akurat mamy na zbyciu, wtedy możemy mu go ofiarować, ale sami nie powinniśmy podsuwać mu pomysłów. Ja się z tym nie zgadzam, bo często sama nie pamiętam, że czegoś potrzebuję, albo zdaję sobie z tego sprawę dopiero wtedy, kiedy to widzę. Tak więc regularnie proponuję Siostrze moje ciuchy albo domowe gadżety (ma swój rozum i potrafi odmówić).
  • Organizacje charytatywne - Niektóre fundacje, domy dziecka czy domy samotnej matki prowadzą stałe lub okresowe (zwykle przed świętami) zbiórki odzieży, zabawek czy innych przedmiotów. Warto sprawdzić, czy nie ma takiego miejsca w naszej okolicy. Polecam np. zbiórkę książek dla pacjentów szpitali w całej Polsce organizowaną przez fundację Zaczytani.org - tutaj znajdziecie listę miejsc, gdzie możecie oddać swoje książki
  • Kontenery na odzież używaną - Jakiś czas temu była afera związana z tym, że ludzie wrzucali odzież z kontenerów dawniej należących do PCK, myśląc, że pomagają potrzebującym, a tymczasem odzież była sprzedawana do lumpeksów czy na cele przemysłowe. Obecnie są jednak kontenery, do których można wrzucić stare ubrania i wspomóc w ten sposób organizacje charytatywne np. Fundację Mam Marzenie. Tutaj ciekawy wpis o faktach i mitach związanych z tym tematem.
  • Lokalne wydarzenia, sąsiedzkie wyprzedaże lub kiermasze - Tutaj nieoceniony jest Facebook, który często podsuwa informacje o imprezach, podczas których można oddać lub sprzedać za symboliczną kwotę niepotrzebne rzeczy.
  • A może da się to wykorzystać? - Niektóre rzeczy mogą nie nadawać się ani do sprzedania, ani do sprezentowania, ale zamiast je wyrzucać, można spróbować zrobić z nich użytek. Ja na przykład kremy do twarzy, z którymi się nie polubiłam, stosuję jako balsamy do ciała, jakiś czas temu zaczęłam używać na co dzień miniaturek past do zębów, których uzbierało mi się chyba ze 30 (nie było szans, żeby udało mi się wszystkie wykorzystać w podróży), a kilka sprzętów domowych (pojemniki, koszyki itp.) znalazło nowe zastosowanie w piwnicy.
  • Śmietnik - No dobra, nie wszystko da się wykorzystać albo puścić dalej w obieg, czasem nie ma rady i trzeba coś po prostu wyrzucić. Oczywiście zachęcam do sortowania odpadów i wrzucania ich do odpowiednich kontenerów. W większości supermarketów, w Żabce czy na poczcie stoją pojemniki na baterie, a w Ikei czy Leroy Merlin - również na żarówki i świetlówki. Polecam też różne eko-imprezy i osiedlowe "wystawki", podczas których zbierane są elektrośmieci.

Jeśli znacie inne kanały odprowadzające nadmiar albo sprawdzone organizacje, które przyjmują ubrania czy inne przedmioty, to koniecznie dajcie znać w komentarzach. No i oczywiście czekam na Wasze historie i sposoby na walkę ze zbędnymi rzeczami!

piątek, 21 kwietnia 2017

#RyfkaCzyta: Mit urody

Idzie lato. Nadchodzi TEN czas. Lada chwila magazyny i portale zaczną nas dźgać wirtualnym paluchem w bok i z niesmakiem pytać, czy ten blady miękisz zasługuje aby na miano beach body. Oraz polecać diety, smarowidła i ćwiczenia, które sprawią, że nie będzie nam wstyd pokazać się na plaży. Sama podczas pisania tego tekstu dostałam od pewnej marki propozycję otrzymania dietetyczno-treningowego pakietu, który pomoże mi "przygotować ciało na lato". Myślę, że nie mogłam wybrać lepszej pory na polecenie dzisiejszej książki.


MIT URODY
Naomi Wolf
Wydawnictwo Czarna Owca

Mit urody, Naomi Wolf

Niby każdy średnio rozgarnięty człowiek zdaje sobie sprawę, że atakujący nas ze wszystkich stron "ideał kobiecego piękna" to jeden wielki szwindel. Przeciętna kobieta nigdy nie będzie wyglądać jak modelka z magazynu. Nawet modelka z magazynu nie wygląda jak modelka z magazynu. Wiemy, że obrazy, do których się porównujemy, są wyfotoszopowane na dziesiątą stronę i stanowią raczej pewną fantazję na temat kobiecości niż odzwierciedlają rzeczywistość. Niby to wszystko wiemy, a jednak cały czas się na to nabieramy, jesteśmy z siebie niezadowolone i gonimy ten nieosiągalny ideał. Dlaczego tak jest? Komu na tym zależy? Jak to wpływa na pozycję kobiet w społeczeństwie? Czy możemy się jakoś z tego konkursu piękności wypisać? I czemu właśnie nabrałam ochoty na czipsy? O tym jest Mit urody Naomi Wolf.

Książka ukazała się w 1990, więc prawie 30 lat temu (w 2002 została uzupełniona o nowy wstęp autorki, a wstęp do polskiego wydania z 2014 roku napisała Kinga Dunin), jednak nadal jest zaskakująco aktualna. Naomi Wolf porównuje społeczne oczekiwania dotyczące kobiecego wyglądu do żelaznej dziewicy - średniowiecznego narzędzia tortur, które miało postać metalowego sarkofagu z namalowaną na wieku piękną dziewczyną oraz metalowymi kolcami w środku. Po zamknięciu ofiary wewnątrz kolce wbijały się w jej ciało, powodując śmierć (ewentualnie, w wersji bez kolców, powolne konanie z głodu). Zdaniem autorki dziś same pakujemy się do podobnej "żelaznej dziewicy", próbując za wszelką cenę dopasować się do obowiązującego wzorca poprzez odchudzanie (a właściwie głodzenie się, bo ponoć dzienne racje żywieniowe w amerykańskich klinikach dietetycznych są porównywalne z tymi w obozach koncentracyjnych), poddawanie się bolesnym zabiegom i niebezpiecznym operacjom plastycznym, czy po prostu marnowanie mnóstwa czasu, energii i pieniędzy na kosmetyki i czynności upiększające.

Okej, już widzę, jak część z Was przewraca oczami, że oto znowu jakaś rąbnięta feministka chce, żeby kobiety paradowały zaniedbane, bez makijażu, z owłosionymi nogami i najlepiej w jakichś bezkształtnych workach. Nie, zupełnie nie o to chodzi. Autorka podkreśla, że wcale nie odrzuca mody ani kosmetyków (które przecież są także źródłem przyjemności). Pisze wyraźnie: "Nie atakuję nic, co sprawia, że kobiety czują się dobrze, atakuję tylko to, przez co czujemy się źle". Proste? Nie do końca. No bo jak odróżnić własne preferencje od tych narzuconych? Jeśli nawet głupie buty, które z początku uważamy za paskudztwo, pod wpływem mody i sprytnego marketingu potrafią stać się dla nas obiektem pożądania (coś o tym wiem), to co dopiero jest w stanie z naszym mózgiem zrobić moda na określony wygląd (oraz zachowanie), która jest nam wpajana od dzieciństwa?

Zdaniem Naomi Wolf producenci kosmetyków, firmy dietetyczne i chirurdzy plastyczni wypaczają samopostrzeganie kobiet i utrzymują je w stanie nienawiści do własnego ciała. Logiczne, skoro ich przychody zależą od tego, jak bardzo jesteśmy niezadowolone z tego, jak wyglądamy. Nienawidzimy zatem siebie i nienawidzimy innych kobiet.

Myślenie zgodne z mitem urody zaleca nam traktować się nawzajem jak potencjalne przeciwniczki, chyba że chodzi o przyjaciółki. Spojrzenie, jakim obce kobiety lustrują się nawzajem, mówi wszystko: jest szybkie, z góry na dół, szorstkie, nieufne, chwytające w lot wizerunek bez wzięcia pod uwagę samej osoby; buty, umięśnienie, makijaż są skrupulatnie zapamiętywane, lecz spojrzenie jedynie odbija się od tej drugiej. Kobiety skłonne są do żywienia do siebie nawzajem urazy, jeśli wyglądają zbyt "dobrze", lub do ignorowania się, gdy wyglądają zbyt "źle".

Której z nas nie zdarzyło się oceniać innych kobiet w tramwaju albo plotkować o wyglądzie koleżanek z pracy? Która z nas sama nie była przedmiotem takiej "życzliwej" krytyki? Jak byśmy nie wyglądały, zawsze znajdzie się ktoś, kto wskaże nam, co mogłybyśmy w naszym wyglądzie poprawić. A już na pewno to zrobi, jeśli akcja rozgrywa się w internecie. Jakiś czas temu jedna z blogerek wrzuciła zdjęcie z wakacji w kostiumie kąpielowym. Pod spodem zaraz kilka dziewczyn poradziło jej, że powinna pochodzić na siłkę i porobić przysiady, bo jej tyłek nie spełnia ogólnie przyjętych standardów jędrności. Pod zdjęciem butów innej blogerki ktoś skrytykował wygląd jej nóg. Czyżby, bezczelna, zapomniała je ogolić? Nie, komentatorkę obrzydziły maleńkie czerwone kropeczki po depilacji. Czyli przewinieniem blogerki był sam fakt, że w ogóle na jej ciele rosną włosy! Pamiętam, jak po premierze filmu Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy kilku mądrali oceniło, że w porównaniu z Harrisonem Fordem i Markiem Hamillem Carrie Fisher "brzydko się zastarzała" (księżniczka Leia  odparowała na Twitterze: "Mężczyźni nie starzeją się lepiej niż kobiety. Im po prostu wolno się starzeć"). Mit urody to też niezwykle skuteczne narzędzie dyskredytowania działaczek feministycznych i polityczek:

Koncentrując uwagę na powierzchowności liderek ruchu kobiecego, możemy je zignorować jako zbyt ładne lub zbyt brzydkie. Chodzi o to, by zapobiec identyfikacji kobiet z feministycznymi postulatami. Jeśli kobieta zabierająca publicznie głos jest określana jako zbyt "ładna", staje się wówczas zagrożeniem, rywalką lub po prostu nie może być brana na poważnie. Gdy z kolei szydzi się z niej jako ze zbyt "brzydkiej", inne kobiety ryzykują bycie wyśmianymi w ten sam sposób, jeżeli zidentyfikują się z tym, o co walczy.

Czy na to szaleństwo jest jakieś lekarstwo? Może po prostu wystarczy to olać? Powiedzieć: "ja się w to nie bawię" i już. Nie do końca, bo nawet jeśli my mamy gdzieś, co inni sądzą na temat naszego wyglądu, wpływa to na to, jak nas traktują (w szkole, pracy, mediach czy polityce). Naomi Wolf widzi jednak rozwiązanie:

Gdyby kobiety nie wzmacniały mitu urody, używając go przeciwko sobie nawzajem, stałby się bezsilny. To przykra prawda. Każda kobieta, która chce przekroczyć mit, potrzebuje wsparcia wielu kobiet. Najtrudniejsza, lecz także najbardziej konieczna zmiana nie dotyczy więc mężczyzn ani mediów, lecz właśnie kobiet i tego, jak postrzegamy inne kobiety i jak się wobec nich zachowujemy.

Słowem: kobieca solidarność i poszanowanie cudzych wyborów, nawet jeśli same dokonujemy zupełnie innych. I może jestem zbytnią optymistką, ale wydaje mi się, że po 30 latach od pierwszego wydania książki powoli coś się zaczyna w tej sprawie zmieniać. Marki w swoich kampaniach zaczynają dostrzegać kobiety poza rozmiarami 34-36, rośnie w siłę ruch body positive, dziewczyny w mediach społecznościowych dumnie prezentują swoje fałdki, rozstępy, owłosione pachy, blizny i zmarszczki. I bardzo mi się ta cielesna wolna amerykanka podoba!

Ogólnie Mit urody to nie jest lektura z gatunku lekkich, łatwych i przyjemnych. Autorka porusza w niej wiele skomplikowanych i trudnych tematów, takich jak praca, religia, seks, media, przemoc, starość czy anoreksja. W książce roi się od faktów historycznych, filozoficznych rozważań, przypisów i danych dotyczących głównych beneficjentów mitu urody, czyli przemysłu dietetycznego, kosmetycznego oraz operacji plastycznych. Ja tę książkę męczyłam przez kilka miesięcy i choć zdarzało mi się marszczyć czoło przy niektórych teoriach spiskowych, to naprawdę się cieszę, że ją przeczytałam. I Was też do tego zachęcam. A jeśli kiedyś na Instagramie natraficie na moją owłosioną pachę, będziecie wiedziały, kogo za to winić.