22 grudnia 2013

Ryfka w owczej skórze

W życiu szafiarki są dwa rodzaje dramatów: pierwszy - kiedy inna szafiarka kupi sobie taki sam ciuch jak ona, i drugi - kiedy nie może sobie kupić takiego samego ciucha jak inna szafiarka. Ja niedawno przeżyłam ten drugi dramat, kiedy Cajmel wrzuciła na swojego Fejsa zdjęcie dwukolorowego kożucha z ciucholandu. Prawie przekręciłam się z zazdrości, bo wiedziałam, że nie ma szans, żeby udało mi się upolować takiego piękniocha. A tu... niespodzianka! Wybrałam się wczoraj na szybki rajd po ciucholandach w poszukiwaniu wełnianych swetrów i na co trafiłam w pierwszym sklepie? Na ten oto cudny dwukolorowy kożuch! Kolory ma na odwrót niż ten Cajmelowy, ale stylówka jest dość podobna. Strasznie podoba mi się ten kontrastowy kołnierz, mankiety i ozdobne guziki, ale najbardziej powalił mnie tył. Ten pasek (sprawdziłam i fachowo nazywa się to "dragon" - proszę, jak blogowanie edukuje!) moim zdaniem robi całą robotę. Kożuch jest bardzo miękki (nie ma nic gorszego niż sztywne, ograniczające ruchy okrycie wierzchnie), ma luźny krój (czyli nie będzie problemów z noszeniem pod spodem grubych swetrów), jest w naprawdę świetnym stanie i w dodatku kosztował całe 80 zł.

Dżinsową torbę, która towarzyszy kożuchowi, dostałam pod koniec września od Mai, która pod marką Bags by MAY tworzy torebki, saszetki, broszki i inne fajne gadżety. Torba świetnie sprawdziła mi się podczas wypadu do Paryża, bo nie zajmuje wiele miejsca (leciałam tylko z bagażem podręcznym), jest ultralekka (to dość istotne, bo podczas zwiedzania i tak mam zawsze sporo do dźwigania), zamyka się na suwak (moja obsesja), a do tego  zewnętrzna kieszonka jest wprost idealna na przewodnik i mapę (dzięki niej miałam je zawsze pod ręką i nie musiałam otwierać torby za każdym razem, kiedy chciałam coś sprawdzić). Ponieważ oprócz tego wszystkiego bez problemu mieści się też w moim rowerowym koszyku, jest to chyba najpraktyczniejsza torba, jaką posiadam.

Na koniec chciałabym zauważyć, że jestem ostatnio bardzo dobrą szafiarką (trzeci post w tym miesiącu!) i mam nadzieję, że Mikołaj to czyta i ta rózga dla mnie nie jest jeszcze przesądzona.

Przytulaśnych świąt Wam życzę! Ja, Dzióbek i Michael Bublé.

A blogger in sheep's clothing
A blogger in sheep's clothing
A blogger in sheep's clothing
czapka - Cubus
szalik - ciucholand
kożuch - ciucholand
torba (dżins + skóra) - Bags by MAY (prezent od właścicielki)
dżinsy - Lee 
rękawiczki - stragan uliczny
botki - Vagabond (model Grace) / paradopary.pl

15 grudnia 2013

Czarna polewka

Siedzicie? Bo po zestawie z relaksami dzisiejszy strój może być lekkim szokiem. Tak oto wystroiłam się w piątek trzynastego na firmową imprezę (przed)świąteczną. Zestaw jak na mnie trochę nietypowy, ale impreza była częściowo przebierana, więc stwierdziłam, że skoro niektórzy przebierają się za postacie z bajek, to ja - żeby było równie niecodziennie - mogę wyskoczyć w Rajtkach Seksu (które kupiłam jakieś 2-3 lata temu, zainspirowana - uwaga, uwaga - reklamą pralki).

Przed wyjściem z domu próbowałam wydusić od Dzióbka jakiś komplement albo chociaż scenę zazdrości. Szło mi kiepsko, więc starałam się go lekko naprowadzić:
- Wiesz, w takim stroju to impreza może się różnie dla mnie skończyć.
- Uhm.
- Mogę nawet nie wrócić na noc...
- Uhm.
- ... i obudzić się rano w jakimś obcym mieszkaniu...
- Noooo, bez nerki!

Tak że tego. Na kolegach i koleżankach z pracy można jednak polegać: rajtki zebrały cały worek komplementów - tak duży, że w ciągu godziny musiałam oczywiście wytargać w nich dziurę. Na szczęście przezornie miałam ze sobą zapasowe (no raczej!) - już grzeczne, kryjące, więc całą stylówkę szlag trafił, ale przynajmniej czułam się o wiele swobodniej.

Ponieważ podczas obmyślania stroju okazało się, że nie mam żadnych butów, które nadawałyby się "na wyjście", specjalnie na imprezę musiałam (no musiałam!) kupić nowe. Rzecz jasna, nie było mowy o żadnych szpilkach, bo szpilek nie cierpię, nie mówiąc już o tym, że szpilki plus koronkowe rajstopy to by było zdecydowanie za dużo Moulin Rouge jak na jedną Ryfkę. Padło na sztybleto-traktory Vagabond i, o rany, jaka to była dobra decyzja! Te skubańce są tak wygodne, stabilne i dobrze wyprofilowane, że nie potrzebowały nawet rozchodzenia. Mimo że to był ich debiut, przez cały wieczór ani razu o sobie nie przypomniały. A wróciłam do domu ok. 3.30 nad ranem (!).


PS Zdjęcia jakby trochę niewyraźne, ale wypiłam 3 drinki, więc sami rozumiecie.

PS 2 Znacie jakieś miejsca w Krakowie, gdzie zimą można by robić zdjęcia na blogaska? Ważne, żeby było we wnętrzach, w miarę jasno i raczej odludnie.

Black widow
2
3
4
5
bluzka - Tom Tailor Denim / answear.com (nie bardzo widać, ale przy dekolcie ma czarne cekiny)
spódnica - Zara
rajstopy - Veneziana
botki - Vagabond (model Grace) / paradopary.pl
kopertówka - vintage / od Mamy

9 grudnia 2013

Just relax!

Wszyscy wiemy, że to się tak musiało skończyć. Jeśli na rynku pojawia się coś tak obciachowego i niekobiecego jak PRL-owskie relaksy, można być pewnym, że prędzej czy później ja w tym wyskoczę. I voila, wyskakuję. Całkiem dosłownie zresztą.

Nie wiem, skąd się to bierze (bo przecież nie stąd, że jestem niedojrzała emocjonalnie), ale uwielbiam rzeczy, które mają w sobie jakiś ładunek przytulaśności, dziecinności i nieporadności: szerokie ubrania, swetry ze zwierzętami, śpiochy, ogrodniczki, emu, rękawiczki z jednym palcem - ogólnie wszystko, czego magazyn typu Cosmopolitan na pewno nie umieściłby w poradniku "Jak wyglądać sexy" (albo umieściłby, ale w rubryce "Unikaj za wszelką cenę"). Ktoś powie: "Ale bycie seksi to przecież nie tylko ubrania". Po stokroć amen! Właśnie dzięki temu ja potrafię wyglądać nieseksi nawet w skórzanej mini. Nie pytajcie jak, to po prostu dar.

Jakoś w październiku kolega podesłał mi link do reaktywowanych przez markę Wojas relaksów. Rozmowa przebiegała mniej więcej tak:
- Hehe, spójrz na to.
- Ale co, myślisz, że nie nosiłabym?
- Nie no, w sumie wiem, że byś nosiła.

Jeszcze parę uśmieszków i komentarzy znajomych ("hehe, no fajnie powspominać, ale kto by w tym chodził?") i było pozamiatane. Wiedziałam, że muszę je mieć. I że drugie trzeba będzie sprawić Dzióbkowi, który nie tylko popiera, ale i podziela moją słabość do niepoważnych wyborów modowych (żebyście mieli lepszy obraz sytuacji: jest to człowiek, który na studiach potrafił wybrać się na wykład w spodniach od piżamy, a dziś na koncert death metalowy idzie w koszulce z Jeżem Jerzym. Tak, wiem, szczęściara ze mnie).

Kiedy więc answear.com postanowił zabawić się w Mikołaja, długo się nie opierałam. Za to długo nie mogłam się zdecydować, który kolor wybrać. Początkowo napalałam się na żółty albo czerwony - że jak jechać, to po całości! Ale potem doszłam do wniosku, że takie kolory ciężko mi będzie zgrać z resztą mojej zimowej stylówki. Dlatego - ku własnemu zaskoczeniu - zdecydowałam się na wersję miodową (bo skoro emu w podobnym odcieniu pasują mi do wszystkiego, to te też powinny).

Relaksy Anno Domini 2013 wyglądają niemal identycznie jak ich PRL-owskie pierwowzory, z tą różnicą, że są zrobione z naturalnej skóry (zamszowej lub licowej), a w środku mają owczą wełnę. Swoją parę mam dopiero od kilku dni, więc na gruntowną ocenę przyjdzie jeszcze czas, ale póki co stwierdzam, że są superwygodne, superciepłe, a ta gruba gumowa podeszwa wyjątkowo dobrze rokuje przy aktualnej mokrej pogodzie. No i - jak widać po zdjęciach - bardzo pozytywnie wpływają na poziom zrelaksowania nawet u Sztywniary.


PS Po znajomości do 15 grudnia na hasło RYFKA dostaniecie w answear.com rabat -20% (również na rzeczy już przecenione).
 
1 2a 3 4
komin - Orsay
sweter rozpinany - ciucholand
sweter z królikiem - Oysho 
spodnie sztruksowe - Wrangler
śniegowce - Relaks / answear.com (prezent od sklepu)

27 listopada 2013

Niezbędnik zmarźlucha

To nie będzie wpis typu "zimowe nowości, którymi chcę się pochwalić" ani "zimowe śliczności, które chciałabym mieć". To będzie wpis o może niezbyt efektownych (w porywach do brzydkich), za to absolutnie ulubionych, sprawdzonych, od dawna używanych i intensywnie eksploatowanych przedmiotach, które dla mnie - człowieka, któremu o tej porze roku jest CIĄGLE ZIMNO, który codziennie spędza 2 godziny na dojazdach, i któremu nieobce jest czekanie przy -10 stopniach na spóźniający się autobus, okazały się rewolucją i rewelacją. A, i wszystkich podejrzliwych uspokajam: NIE jest to wpis sponsorowany.

O sprawach typu czapka, szalik, rękawiczki, ciepła kurtka czy legginsy pod spodniami nie będę pisać, bo to najoczywistsze oczywistości i mam nadzieję, że wśród Was nie ma ani jednaj osoby, która "nie nosi czapki, żeby nie popsuć sobie fryzury". A jak jest, to błagam, niech się lepiej nie ujawnia i mnie nie załamuje.

A więc do rzeczy! Moja zimowa Wielka Piątka przedstawia się następująco:




1. EMU

Tak, wiem, "fuj", "bleee", "paskudy", "zdejm to!" i tak dalej. Nie mam zamiaru nikogo przekonywać, że te buty są piękne. Mnie się podobają, bo są pocieszne i człowiek wygląda w nich trochę jak pluszowa maskotka, jednak nie ich wygląd jest tu najważniejszy. One są po prostu niewiarygodnie CIEPŁE i wygodne (mam teorię, że kto je raz założy, już ich nie zdejmie).

Moje pochodzą z tańszej linii Emu Wool, która jakiś czas temu zmieniła nazwę na Ukala. Różnica między nimi a butami marki-matki, czyli Emu Australia, polega na tym, że buty Ukala mają cieńszą podeszwę, cholewkę ze skóry bydlęcej (a nie owczej), a w środku są wyściełane warstwą wełny (Emu Australia są natomiast krojone "z kożucha", czyli skóry owczej RAZEM z wełną, która jest grubsza niż ta wełniana wyściółka Ukali). No i zamiast 8 stów kosztują 4 (a nawet 3, jeśli traficie na rabat).

Wiem, o czym myśli wiele osób, łypiąc na emu: "Zamsz na POLSKĄ zimę?!" Też mnie to dawniej nie przekonywało. A teraz rozpoczynam z nimi już trzeci sezon i bardzo chętnie rozwieję wszystkie wątpliwości.

Czy emu się brudzą? Tak, brudzą się. Ale o wiele mniej, niż się spodziewałam. Tak jak na każdych butach, pojawiają się na nich ślady z soli, ale wystarczy wtedy przetrzeć je wilgotną gąbką. W przypadku zabrudzeń większego kalibru wrzucam je po prostu do pralki, wybierając program do prania wełny. Producent tego co prawda nie poleca (rekomenduje czyszczenie specjalnym preparatem, który jednak u mnie zupełnie się nie sprawdził), ale moim butom pranie w pralce jakoś nie zaszkodziło. Zaraz po wyschnięciu zamsz jest bardziej szorstki i sztywny, ale potem wraca do normy. Pamiętajcie, żeby po wyjęciu z pralki wypchać je gazetami, żeby nie straciły kształtu. I nie suszyć przy samym kaloryferze, bo to nie służy żadnym skórzanym butom.

Czy emu przemakają? Ustalmy coś: emu to nie kalosze. Jak będziecie w nich chodzić po wodzie, to oczywiście, że przemokną. Za to można w nich śmiało śmigać po śniegu, zaspach, mokrych chodnikach, podczas niezbyt dużego deszczu, a nawet kiedy na dworze błoto-ciapa. Moje przemokły mi tylko kilka razy, podczas naprawdę solidnej ulewy, kiedy woda po chodnikach płynęła strumieniami. Na każde inne warunki są OK. Ważne: przed pierwszym założeniem i po każdym praniu spryskajcie je dobrze impregnatem.

Czy pięty się wykoślawiają? Opowieści o wykrzywionych, zwisających piętach pojawiają się zawsze, kiedy pada hasło "emu". Myślę, że to wina tanich, bazarowo-sieciówkocych wersji tych butów, które są szyte z cienkich, kapciowych tkanin, a co za tym idzie, są bardziej wiotkie i skłonne do wypychania się. Oryginalne emu i uggi są zrobione z naturalnej, sztywnej skóry (Emu Australia mają dodatkowo wzmocnione zapiętki), dzięki czemu pięta nie wędruje na boki. U mnie po 2 sezonach używania non-stop pojawiło się z tyłu minimalne zagięcie, ale o żadnym efekcie zwisającej pięty nie ma mowy. Gdybym miała kupować nową parę, wybrałabym jednak rozmiar mniejsze niż normalnie noszę, bo z czasem wełna w środku się ubija i robi się w bucie luz (chociaż podobno dzieje się tak tylko w przypadku Ukali, a nie Emu Australia). Na szczęście można to zniwelować, wkładając do środka filcowe wkładki.


2. KUBEK TERMICZNY

Kiedy na śniegu i wietrze trzymam w rękach kubek z gorącą, parującą herbatą, naprawdę czuję, jakbym wygrała los na loterii. Od 2 lat używam kubka Tchibo i jestem z niego bardzo zadowolona. Przede wszystkim dlatego, że NIE PRZECIEKA i mogę go spokojnie wrzucić do torby (a nawet postawić do góry dnem). Z moich obserwacji wynika, że kluczowy jest tu mechanizm zamykania. Kubki, które mają taki przesuwany albo podnoszony "zypcyk", są nieszczelne i sprawdzają się tylko w pomieszczeniu albo wsadzone do uchwytu w samochodzie. W teren nadają się tylko te z zamykaniem przyciskowym. Jeśli chodzi o trzymanie ciepła, to nigdy nie mierzyłam tego z zegarkiem w ręku i pewnie zależy to też od temperatury na zewnątrz, ale obstawiam jakieś 2-3 godziny. Najlepiej oczywiście wlewać do środka wrzątek i robić tu tuż przed samym wyjściem z domu.

W Tchibo co sezon pojawiają się nowe wersje mojego superkubka i zwykle kosztują ok. 40 zł. Gdybyście szukali tańszej opcji, to moja koleżanka niedawno znalazła taki w... Biedronce! Ma metalowe wnętrze (mój ma plastikowe), ponoć też jest w 100% szczelny i - uwaga - kosztuje 17 zł.

Aktualizacja: W grudniu 2016 (po tym jak mechanizm w naszych kubkach z Tchibo zaczął się zatykać) odkryliśmy kubki Duki z serii Vacuum, które okazały się jeszcze lepsze. Nie przeciekają, są metalowe w środku i trzymają ciepło ok. 7 godzin!  Cena ok. 60 zł (na promocjach ok. 40 zł).


3. CARMEX 

Odkąd go wypróbowałam (pod wpływem Nissiax83), inne pomadki ochronne przestały dla mnie istnieć. OK, Nivea i Bebe pięknie pachną (właśnie ze względu na obłędny zapach używałam ich przez lata), ale jeśli chodzi o działanie, nie ma absolutnie żadnego porównania. Tamte pomadki nie do końca chroniły, a w dodatku po paru minutach kleiły się i rolowały, tworząc takie okropne białe paprochy.

Carmex może nie wygląda za pięknie (ma kolor takiego żółtawego, półprzezroczystego wosku), może nie pachnie za specjalnie (mięta + kamfora), a uczucie "chłodu", które wywołuje, jest z początku trochę dziwne. ALE on naprawdę działa cuda. Długo trzyma się na ustach, świetnie je nawilża, a na spierzchnięte wargi działa jak opatrunek i ekspresowo przywraca je do normy. Usta po nim mam tak gładziutkie, że normalnie sama mam ochotę siebie pocałować! Po wyjściu z domu automatycznie sięgam po niego do kieszeni i jeśli jakimś cudem go tam nie ma, potrafię się po niego wrócić, nawet kosztem spóźnienia.


4. PIÓRKO DO EKRANÓW DOTYKOWYCH

Odbieranie telefonu nosem opanowałam do perfekcji, ale poczty ani Fejsbunia już sobie nosem nie sprawdzę. W gołe ręce zimno, z kolei czarodziejskie rękawiczki, w których można obsługiwać ekrany dotykowe, są dla mnie za cienkie. A przecież nie mogę po prostu NIE używać internetu na mrozie! Dla takich właśnie uzależnionych od sieci zmarźlaków jak ja ktoś wymyślił piórka do tabletów i smartfonów. Ja używam Bamboo Stylusa firmy Wacom, ale pełno takich ustrojstw, droższych i tańszych (od ok. 20 zł), w sklepach AGD. Rewelacyjna sprawa! Mogę przeglądać net w najgrubszych rękawiczkach, w dodatku z precyzją nieosiągalną dla ludzkich paluchów. Już 2 lata żyję z moim piórkiem w szczęśliwym związku, chociaż ciągle się boję, że gdzieś je zgubię (przydałby się jakiś zaczep do telefonu).


5. ŚPIOCHY 

O mojej miłości do śpiochów pisałam już rok temu, więc nie chcę się za bardzo powtarzać. Powiem tylko, że po spędzeniu w nich całej ubiegłej zimy kocham je jeszcze bardziej. Mam to nieszczęście, że mieszkam w grobowcu - mieszkaniu, w którym jest nie tylko ciemno przez cały rok (depresja murowana), ale w dodatku starsznie ZIMNO. Naprawdę nie wiem, jak wcześniej dawałam sobie w tych warunkach radę bez śpiochów.

Kwestii "wyglądania brzydko", tudzież "aseksualnie", która przy okazji dyskusji o śpiochach często się pojawia, nie mam zamiaru poruszać, no bo o czym tu dyskutować? Jak ktoś chce być seksbombą, to nie zakłada śpiochów - to chyba jasne. A jak zakłada, to znaczy, że na statusie seksbomby zależy mu raczej niespecjalnie.

Jeśli chodzi o cenę - bo ona poprzednim razem również wzbudziła sporo emocji - to teraz na stronie Ziperall można je kupić już za 199 zł, ale moim zdaniem są warte i więcej. Materiał jest naprawdę porządny i mięsisty, z ciepłym "misiem" w środku. To nie jakieś tanie badziewie z sieciówki, tylko kawał porządnego dresu, który grzeje jak żaden i który mimo intensywnego używania, nadal trzyma się  świetnie. Uwaga: rozmiarówka jest dość spora - ja mam XS (przy 173 cm wzrostu) i są dość luźne.

Na koniec tych peanów dodam tylko, że mojego śpiocho-lobbingu nie wytrzymał nawet Dzióbek (taka ze mnie wpływowa blogerka!) i kilka tygodni po mnie kupił sobie własny egzemplarz. I teraz wyobraźcie sobie minę dostawcy pizzy, który dzwoni do naszych drzwi i nagle otwierają mu takie dwa teletubisie. Widok bezcenny - po obu stronach.

***

Kurde, znowu mi coś za długi ten wpis wyszedł. A skracałam, jak mogłam.
Dajcie znać, jakie Wy stosujecie antyzimowe patenty. Chętnie wzbogacę swój arsenał. I trzymajcie się ciepło!

22 listopada 2013

Rycząca czterdziestka

Dziś obchodzimy mały jubileusz. Moja słynna torba pojawia się na blogu dokładnie po raz czterdziesty! Wszystkich postów ciuchowych było do tej pory 170, więc jest to wynik absolutnie rekordowy. Żeby było ciekawiej, dziś mija dokładnie 5 lat od jej premierowego występu. I ciągle jest to jedna z moich najulubieńszych rzeczy oraz jedne z najlepiej wydanych pieniędzy (spośród tych przepuszczonych na ciuchy i dodatki, rzecz jasna). I mimo że przy każdym naszym spotkaniu Styledigger próbuje ją ode mnie odkupić, ja nie mam najmniejszego zamiaru z moją "ryczącą czterdziechą" się rozstawać (sorry, Digger).


PS W tamtym poście też miałam na głowie czapkę z Celapiu. Przypadek? Totalny. Ale jakże piękna klamra!

PS 2 A skoro już jesteśmy przy datach i terminach: na moim paźwiatraku do niedzieli trwa przefajny (dzięki rewelacyjnym zgłoszeniom) konkurs kalendarzowy. Jeśli - tak jak ja - bez kalendarza nie wyobrażacie sobie życia, zapraszam tędy.


czapka z uszami - Celapiu
płaszcz - Zara (nówka sztuka)
dżinsy - Lee
rękawiczki - stragan uliczny
buty - Russell & Bromley (targ na Placu Nowym)
torba - Ochnik

28 października 2013

Pardon my French, czyli Ryfka w Paryżu

Gdybym była Paryżem, tobym się chyba zamknęła w sobie i przeprowadziła do innego miasta. Tylu turystów! Tyle oczekiwań! Taka presja! Nawet 7-letnia siostrzenica Dzióbka na wieść o tym, że wujek z ciocią Ryfką wybierają się do stolicy Francji, stwierdziła tonem znawcy: "Aaaa, do miasta miłości". I jak tu żyć z taką legendą? Paryż ma po prostu przerąbane.

Nie oznacza to, że sama nie byłam naszym wyjazdem podekscytowana. Przeciwnie! Od dawna o nim marzyłam. To znaczy "marzyłam" nie w tym sensie, że miałam w pokoju czarno-białą fototapetę z Wieżą Eiffla, a w wolnych chwilach słuchałam muzyki z "Amelii" - aż tak to nie. Po prostu wiedziałam, że kiedyś MUSZĘ odwiedzić to miasto. W końcu zebrałam się w sobie i zgodnie z zasadą "Kto bogatemu zabroni?" kupiłam tanie bilety lotnicze. Nie łudziłam się jednak, że będzie jak w filmie. No, chyba że mówimy o scenie z ostatniego sezonu "Seksu w wielkim mieście", w której Carrie - Paryżanka wdeptuje w psią kupę.

A jak było? Zanim do tego przejdę, chciałabym Wam bardzo podziękować za wszystkie wskazówki, które podsuwaliście pod tym postem (oraz w mejlach i przez mojego Fejsa). Naprawdę mi się przydały w planowaniu wyjazdu i jeśli ktoś z Was wybiera się do Paryża, gorąco polecam lekturę komentarzy. A teraz do rzeczy.



OKOLICA

Moje pierwsze paryskie wrażenia? Jakby to powiedział Facebook: It's complicated. Wjeżdżaliśmy do Paryża wieczorem i kiedy z okna autokaru zobaczyłam rozświetloną panoramę miasta, nad którą górowała świecąca na pomarańczowo Wieża Eiffla, z radości zaczęłam podskakiwać w fotelu i szarpać Dzióbka za rękaw. OJEJKU, JEJKU, NAPRAWDĘ JESTEŚMY W PARYŻU! Jakieś pół godziny później miny nam jednak zrzedły (a w zasadzie to mnie, bo Dzióbek jest dość oszczędny w okazywaniu emocji, chyba że ogląda mecz), albowiem wysiedliśmy na stacji metra o elegancko brzmiącej nazwie Barbès-Rochechouart.

Kontrast pomiędzy tym, co zawsze pojawiało się w mojej głowie na hasło "Montmartre", a tym, co zobaczyłam po wyjściu z metra, delikatnie mówiąc, wytrzaskał mnie po pysku. Bo zobaczyłam scenerię żywcem wziętą z jakiegoś filmu kryminalnego. Smród jak w toi-toiu, po chodnikach i ulicach walają się śmieci, wkoło pełno typów wyglądających jak kartoteka policyjna w 3D, tu się szarpią, tam coś krzyczą, do tego ciemno, pada deszcz i do kompletu brakuje tylko zwłok wystających z kontenera na śmieci.

Do hotelu dotarliśmy na szczęście bez żadnych przygód, jednak po kilku kolejnych wizytach na tej stacji i scenach, jakich byliśmy tam świadkami (i to w biały dzień!), przezornie zaczęliśmy korzystać ze stacji Anvers, która znajdowała się w podobnej odległości od naszego hotelu, a czuliśmy się tam znacznie bezpieczniej.

Sam hotel był całkiem w porządku: czysto, darmowe wi-fi, z okna widok na białą kopułę (vel "bitą śmietanę") Bazyliki Sacré-Cœur, a do Moulin Rouge tylko kilka minut spacerkiem. Natomiast okolica... hmm, bardzo zróżnicowana. Idzie sobie człowiek śliczną brukowaną uliczką, mija ulicznych grajków, pracownie malarzy, klimatyczne kawiarenki i roztaczające nieziemskie zapachy piekarnie [głos wewnętrzny: "Ach, jak pięknie! Dokładnie tak sobie to wszystko wyobrażałam!"], nagle nieopatrznie skręca i bach! ląduje na ulicy im. Syfu z Malarią, gdzie królują zagrzybiałe salony "piękności", sklepy ze sztucznymi włosami i tandetnymi materiałami, a na oko 10-letnia dziewczynka bez żenady ściąga majtki i sika na chodniku [głos wewnętrzny: "Saaaneeepiiiiiid!!!"].

Ja wiem, że w każdym mieście są miejsca, które budzą zachwyt, i takie, w które lepiej się nie zapuszczać, ale jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się trafić w aż tak obskurne rejony. Chyba miałam szczęście.



SZTUKA ULICY

Żeby nie było, że cały czas włóczyłam się po ulicach Paryża nieszczęśliwa i skwaszona. Nic z tych rzeczy. Owszem, o paru widokach chciałabym jak najszybciej zapomnieć, ale wiele innych wynagrodziło mi moje "estetyczne cierpienia" z nawiązką. Jeśli obserwujecie mojego fanpejdża, to na pewno wiecie, że jestem psychofanką murali, graffiti, plakatów i wszelkich dziwno-śmieszno-zaskakujących ulicznych zjawisk, które namiętnie fotografuję i kolekcjonuję w specjalnym albumie. W Paryżu miałam pod tym względem żniwa życia.

Na każdym kroku atakowały mnie radosne wytwory ulicznych artystów, m.in. CLETa - francuskiego twórcy mieszkającego obecnie we Włoszech, który za pomocą naklejek przerabia znaki drogowe w zabawne i/lub kontrowersyjne grafiki. "Zakaz wjazdu" potrafi zamienić w ludzika taszczącego deskę, a "drogę bez przejazdu" w... Jezusa na krzyżu. Pierwszy raz zmodyfikowany przez niego znak zobaczyłam w zeszłym roku w Rzymie, ale dopiero dzięki jednemu z komentarzy dowiedziałam się, kim jest autor i że jest to część szerszej działalności. Kilka dni temu trafiłam na bardzo ciekawy wywiad z artystą - jeśli interesują Was te klimaty, to gorąco polecam.

W Paryżu prężnie działa również Invader - inny Francuz o równie ciekawej i wąskiej specjalizacji. Za pomocą kafelkowych potworków inspirowanych popularną w latach 80. grą komputerową Space Invaders dokonuje "inwazji" przestrzeni miejskich na całym świecie. Jeśli jeszcze nie widzieliście, koniecznie obejrzyjcie film "Wyjście przez sklep z pamiątkami" - świetny dokument (?) o ulicznych artystach, w tym m.in. Banksym i właśnie Invaderze.



ZWIEDZANIE

No dobra, ja tu się rozpisuję o śmieciach na ulicy i "bazgrołach" na ścianach, a co z Wieżami Eiffla, Luwrami i innymi Champs-Élysées? Oczywiście że nie byłabym sobą, gdybym nie zaliczyła wszystkich "punktów obowiązkowych".

Skuszeni wizją nieziemskich oszczędności, zainwestowaliśmy w kartę Paris Museum Pass (nie mylić z The Paris Pass - to zupełnie co innego), ważną przez 4 dni (jest też opcja 2- i 6-dniowa). Rzeczywiście, dzięki niej zaoszczędziliśmy kilkanaście euro na osobę plus sporo czasu w kolejkach. Niestety, budowle sakralne nie mają osobnego szybkiego wejścia dla posiadaczy karty i tam swoje musieliśmy potulnie odstać. OK, z tym "potulnie" to lekka przesada, bo drugiego dnia mieliśmy wybitnie kolejkowy dzień i szczerze mówiąc, dostawałam już szału. Najpierw dobre 40 minut w kolejce na Wieżę Eiffla (której karta tak czy inaczej nie obejmuje), potem pół godziny w kolejce do Katedry Notre-Dame, potem kolejne pół godziny, żeby wejść na wieżę Katedry Notre-Dame (bo to osobne wejście), a potem jeszcze pół godziny do kaplicy Sainte-Chapelle... Starałam się być kwiatem lotosu, ale było naprawdę ciężko.

Co zrobiło na mnie największe wrażenie? Na pewno Muzeum Orsay. I nie chodzi mi tyle o wystawione tam obrazy i rzeźby, ale o sam budynek, który dawniej był... dworcem kolejowym. Nie mogłam się napatrzeć na to piękne wnętrze, przeszklony sufit i ogromny, ociekający zdobieniami zegar. Jeśli kiedyś będę miała swój dworzec, to właśnie tak go sobie urządzę!

Jeżeli lubicie sztukę nowoczesną, zdecydowanie polecam wizytę w Centrum Pompidou. Można się podziwować, pozachwycać, czasem skrzywić i prychnąć z wyższością ("aha, spoko, białe płótno na białej ścianie - no szaaał"). Sam budynek, z tymi wszystkimi kolorowymi rurami i rusztowaniami otaczającymi go z zewnątrz wygląda absolutnie fantastycznie (dosłownie i w przenośni).

Czarnym koniem naszego programu zwiedzania okazała się dzielnica La Défense. Co za miejsce! Pamiętacie "Jetsonów"? Taką bajkę Hanna-Barbera o rodzince żyjącej w przyszłości? Przysięgam, że czułam się tam jak postać z tej kreskówki. Albo z jakiegoś "Matriksa". Pierwsze, co uderza po wyjściu z metra, to niesamowita cisza, bo dzielnica jest całkowicie wyłączona z ruchu kołowego. Dookoła wielkie szklane wieżowce o futurystycznych kształtach, nowoczesne fontanny i beton, beton, beton. Chodziliśmy z Dzióbkiem z rozdziawionymi paszczami i powtarzaliśmy w kółko: "Aaale dziiiwnie!" Szczególnie niesamowite wrażenie robi wielki, nowoczesny łuk Grande Arche, spod którego roztacza się wręcz kosmiczny widok na całą dzielnicę i stojący w oddali, dokładnie naprzeciwko, Łuk Triumfalny.

Podczas wyjazdu udało mi się zobaczyć panoramę Paryża niemal z każdego możliwego punktu widokowego: z wieży Katedry Notre-Dame, Wieży Eiffla, wzgórza Sacré-Cœur i Łuku Triumfalnego. Najbardziej polecam trawniczek pod Sacré-Cœur - można się wygodnie rozłożyć, odetchnąć i spokojnie ponapawać widokami.

Jeśli komuś przyszłoby do głowy zdobywać Wieżę Eiffla schodami, to zdecydowanie odradzam. My wjechaliśmy na szczyt windą, ale schodząc później na dół, mijaliśmy śmiałków wspinających na górę i wszyscy wyglądali, jakby mieli za chwilę zejść - z tego świata. Po zwiedzaniu Wieży mieliśmy zaplanowany "romantyczny" piknik na Polach Marsowych. Ponieważ wyczytałam gdzieś, że w pobliżu jest mało sklepów spożywczych, przezornie zrobiliśmy zakupy wcześniej. Błąd. Na Wieżę nie można wnosić szklanych butelek i przy bramce strażnicy skonfiskowali nam kupioną specjalnie na tę okazję butelkę wina. Uczcie się na naszych błędach.

Przedostatniego dnia całkiem przyjemne popołudnie spędziliśmy na Cmentarzu Père Lachaise (yyy, "przyjemnie" na cmentarzu? tak, wiem, że brzmi to trochę dziwnie). Sam cmentarz jest bardzo klimatyczny, ale uprzedzam, że odnalezienie "sławnych grobów" wcale nie jest takie łatwe. Ponoć czasem dostępne są mapy, ale tym razem w punkcie informacyjnym była tylko kartka z nabazgranym wyraźnie zirytowaną ręką napisem: "NO MAPS!!!!" My poradziliśmy sobie tak, że zrobiliśmy telefonem zdjęcie mapy umieszczonej na tablicy przy wejściu. Ciekawie było obserwować zachowania i ślady zostawiane przy grobach przez wielbicieli twórczości spoczywających tam osób. Na drzewach wokół grobu Jima Morrisona ludzie wypisują fragmenty jego piosenek, grób Oscara Wilde'a pokryty jest odciskami ust fanek, na grobie Marcela Prousta znaleźliśmy kartkę wyrwaną z jego książki i liściki z podziękowaniami od czytelników, a mijając jednego gościa przy grobie Edith Piaf, usłyszeliśmy, że słucha na telefonie "Non, je ne regrette rien". Zdecydowanie nie jest to typowy cmentarz.



JEDZENIE

Podejrzewałam, że słynne i jakże fotogeniczne francuskie makaroniki zupełnie mi nie podejdą, i nie pomyliłam się. Nie wiem, może wybrałam nie ten sklep, co trzeba, ale były tak słodkie, że po prostu nie dało się tego zjeść. Za to francuskie piekarnio-cukiernie to czysty obłęd. Zażeraliśmy się pain au chocolat, rogalikami, bagietkami i innymi wypiekami z okolicznych zakładów, które nie dość, że przepyszne, to w dodatku naprawdę tanie.

Absolutnym odlotem okazały się też "najlepsze naleśniki w Paryżu", które poleciła mi Styledigger, a które kiedyś poleciła jej jedna z czytelniczek (nie ma jak blogowa poczta pantoflowa). Dostałam instrukcję, żeby szukać małej budki z panem naleśnikarzem naprzeciwko bramy Ogrodu Luksemburskiego od strony Boulevard Saint-Michel. Znaleźliśmy ją bez problemu. Lista składników do wyboru była tak długa, że bałam się, że umrzemy z głodu, zanim podejmiemy jakąś decyzję, ale jakoś się udało, pan uwinął się migiem i mogliśmy zrobić sobie minipiknik w Ogrodzie Luksemburskim. Paryskie ogrody to w ogóle super sprawa. Czas płynie w nich jakby wolniej, ludzie się relaksują, zajadają lunch ze znajomymi, czytają książki, wylegują się na krzesłach, które można sobie dowolnie ustawiać i przenosić, gdzie komu wygodnie (nie to co nasze wbetonowane ławki), normalnie atmosfera jak w jakimś wakacyjnym kurorcie.



PARLEZ-VOUS FRANÇAIS?

Oprócz samego miasta i tych wszystkich fantastycznych rzeczy, które planowałam w nim zobaczyć, wizyta w Paryżu cieszyła mnie jeszcze z jednego powodu: języka. Francuskiego uczyłam się długo (jakieś 10 lat), aczkolwiek niezbyt intensywnie (jak to w szkole) i bez większych sukcesów (zatrzymałam się gdzieś na poziomie średnio zaawansowanym). Stwierdziłam jednak, że skoro pierwszy raz w życiu trafia mi się okazja, żeby poużywać tego języka w jego naturalnym środowisku, to grzechem byłoby nie skorzystać. Tym bardziej że wszędzie spotykałam się z opinią, że Francuzi nie lubią i nie chcą mówić po angielsku. Sytuacja wręcz idealna!

Przez 2 tygodnie przed wyjazdem odświeżałam francuski, ćwicząc zwroty pierwszej blogerskiej potrzeby, takie jak: "Czy macie wi-fi?" oraz: "Jakie jest hasło do wi-fi?" Kiedy po wyjściu z samolotu podeszłam na stoisko firmy autokarowej i wyrecytowałam: Deux billets, s'il vous plaît, a pani bez mrugnięcia okiem podała mi dwa bilety, urosłam jakieś 5 centymetrów, a na mojej głowie pojawił się niewidzialny beret z antenką. Jestę Francuzką!

Okazało się, że z tego, co napisane (oznaczenia na ulicach, reklamy, komunikaty w witrynach sklepowych, a nawet opisy eksponatów w Luwrze), o dziwo, rozumiem całkiem sporo. Jednak za każdym razem, kiedy miałam coś powiedzieć, stresowałam się jak na egzaminie i przyznaję, że byłam mocno rozczarowana tym, że moi rozmówcy wydawali się zupełnie nie doceniać mojego wysiłku. Ja się produkowałam, cała przejęta, a oni po prostu podawali żądaną rzecz albo pytali znudzonym głosem: "Na miejscu czy na wynos?" Żadnego: "Mon Dieu, mademoiselle mówi po francusku! Ależ fantastycznie! I w ogóle co za akcent - oh, la la!" 

Koniec końców, angielski jednak też mi się przydał. Po kilku przygodach z gatunku: ja o coś pytam po francusku (sukces), rozmówca mnie rozumie (sukces), ale ja kompletnie nie rozumiem, co mi tłumaczy w odpowiedzi (porażka), w niektórych sytuacjach odpuszczałam sobie zgrywanie poligloty. I jakoś nikt z tego powodu na mnie nie fukał. A nawet często osoby, które zagadywałam po francusku, widząc, że mają do czynienia z turystką, same przechodziły na angielski. Mnie w pewnym momencie wszystko zaczęło się już mieszać, czego efektem były kwiatki takie jak przy wejściu do Sainte-Chapelle, kiedy na dźwięk piszczącej bramki wskazałam na moje nabijane ćwiekami buty i powiedziałam do strażnika, że that's probably the chaussures.

Tak czy siak, muszę przyznać, że choć nigdy nie miałam serca do francuskiego, to podczas tego wyjazdu udało mu się trochę mnie zaczarować. Czy coś z tego będzie? No cóż, prawda jest taka, że zawsze jak pojadę za granicę, natychmiast chcę się uczyć języka danego kraju. Zwykle mi przechodzi, istnieje jednak nikła szansa, że w tym przypadku będzie inaczej, bo - w przeciwieństwie do czeskiego czy hiszpańskiego - jakieś tam podstawy mam, więc plan nauki (choćby takiej samodzielnej) nie wydaje się zupełnie nierealny. Będę trzymać za siebie kciuki.


*** 

Podsumowując: Zdecydowanie moja pierwsza wizyta w Paryżu była arcyciekawa, chociaż nie mogę powiedzieć, że straciłam głowę dla tego miasta i że wróciłam totalnie zakochana. Słyszałam jednak, że Paryż w pełni pokazuje, na co go stać, dopiero na drugiej albo i trzeciej randce, a więc... à bientôt!

Oui! Obrazki jak z obrazka w dzielnicy Montmartre. Wnętrze jednej z pracowni malarskich mijanych podczas spaceru. Widok z Pól Elizejskich na Łuk Triumfalny...
 ... i z Łuku Triumfalnego na Pola Elizejskie.Kolory koszulki na straganie, rynny i drzwi ułożyły się we francuską flagę. Przypadek? Z okna naszego pokoju mieliśmy piękny widok na kopułę Bazyliki Sacré-Cœur. Nikt się nie spodziewa Francuskiej Inkwizycji. Pędzą konie po betonie! W Krakowie też mamy taką piramidę.Dwie posągowe piękności i jeden kodeks Hammurabiego (w Luwrze). Wewnętrzna piramida trochę jak hologram z jakiegoś filmu science-fiction. Proszę o uśmiech! "Takie tam z Luwru".Miasto możliwości. Francuskie piekarnio-cukiernie rządzą. Jedna z bajkowych uliczek na Montmartre. Tak śliczna, że prawie nierealna.  Buty zawieszone na drzewach czy przewodach elektrycznych widuję też w Krakowie i zawsze zastanawiałam się, o co chodzi. Okazało się, że shoe tossing / shoefiti może mieć wiele znaczeń (np. wskazywać punkt sprzedaży narkotyków). Polecam bardzo ciekawy wpis na Wikipedii. Paryż kontra Nowy Jork w wydaniu książkowym (jeśli jeszcze nie znacie tego bloga, to gorąco polecam). Halo, wieża! Halo, wieża! - Zobacz, jacy niektórzy ludzie są romantyczni.
- Możemy już iść?Sztywniara w dzielnicy rozpusty - koniec świata.  W Paryżu wieżę Eiffla można kupić dosłownie w każdej postaci. "Być czy mieć?" Czyli powtórka z francuskich czasowników posiłkowych.Le chillout.Śpiący Hermafrodyta w Luwrze (kamienny materac i poduchy - mistrz!).  I śpiący grubcio na jednym z placów (wystawa rzeźb tajwańskiego artysty Li Chena).Centrum Pompidou - zdecydowanie jeden z najciekawszych punktów programu. Zachwyca i z zewnątrz, i od środka."Kobieta na cmentarzu" (Michelangelo Pistoletto). Ruchoma (i grająca) instalacja "Gra cieni" Hansa-Petera Feldmanna. Cafe des 2 Moulins, czyli słynna kawiarnia z filmu "Amelia". Wstąpiliśmy na herbatę, a co. Sympathy for the Devil. (Widok z wieży Katedry Notre-Dame)Witraże w Katedrze Notre-Dame. Le mur de je t'aime, czyli ściana z wyznaniem "Kocham cię" w 250 językach.  Jeździec bez głowy. Muzeum Orsay - zdecydowanie najładniejszy budynek muzeum, w jakim byłam (a kiedyś hala dworcowa). Chyba żadnemu obiektowi nie zrobiłam tylu zdjęć, co temu pięknemu zegarowi. Odpoczynek w Ogrodach Tuileries. Elegancja Francja. I am watching you.  Wieża Eiffla widziana z Łuku Triumfalnego. W nocy wszystkie koty są czarne. Ale niektóre bardziej. Na cmentarzu Père Lachaise mnóstwo pięknych, zabytkowych nagrobków...... które przeplatają się z tymi bardziej współczesnymi.
Grób Jima Morrisona. Na drzewie obok fragment piosenki The Doors: "Can you show me the way to the next whisky bar?"Strona tytułowa VII tomu powieści "W poszukiwaniu straconego czasu" - "Czas odnaleziony" na grobie Marcela Prousta. Przy grobie Oscara Wilde'a chyba pierwszy raz pożałowałam, że nie używam szminki.  Wprost wymarzone tło do zdjęć na blogaska.Panterka w tym sezonie jest dosłownie wszędzie. Klimatyczny antykwariat Shakespeare & Company. Na ścianach mnóstwo karteczek zostawionych przez czytelników. Prawdopodobnie najładniejsze kartki w mieście.Pomnik na cześć francuskiego pisarza Marcela Aymé, autora m.in. opowiadania o człowieku, który potrafił przechodzić przez ściany.   Budka z pysznymi naleśnikami naprzeciwko wejścia do Ogrodu Luksemburskiego. I Ogród, gdzie w pięknej scenerii można skonsumować lunch (malowniczo ciaprając się przy tym Nutellą). W poszukiwaniu utraconego wi-fi. Sorbona - Wydział Prawa. Praktycznie na każdej ulicy napotykaliśmy znaki drogowe stuningowane przez francuskiego artystę Cleta. Futurystyczna dzielnica biurowa La Défense zrobiła na nas ogromne wrażenie. Grande Arche, czyli nowoczesny łuk triumfalny... ... usytuowany dokładnie naprzeciwko "starego" łuku (widocznego w głębi).
Game over. Want to play again? (Invader)