26 sierpnia 2012

You're in the army now

Jako typ, który jest szczęśliwy dopiero wtedy, kiedy nawkłada na siebie kilka warstw ubrań i owinie się szalikiem, nie mogę doczekać się jesieni. Letnie kolekcje jakoś rzadko do mnie przemawiają (może dlatego, że nie przepadam ani za pastelami, ani neonami), za to jesienią zawsze znajduję powody do (w)zdychania. Płaszcze, swetry, kozaki, dużo miękkości, ciepłości i skór - to jest to, co lubię najbardziej. Korzystając więc z weekendu oraz bonów na zakupy, które odpaliła mi Galeria Krakowska (ukłony), wybrałam się wczoraj na rundkę po sklepach.

No i muszę powiedzieć, że w nadchodzącym sezonie widzę dla mojej szafy świetlaną przyszłość. Dużo fajnych faktur, haftów, melanżowych dzianin, tkanin przypominających gobeliny i obicia foteli (kilka rzeczy, które szczególnie wpadły mi w oko, możecie zobaczyć tutaj). No i oczywiście motywy militarne, które bardzo do mnie przemówiły i które - sądząc po tym, że występują dosłownie w każdym sklepie - zapowiadają się na megahicior. Pewnie na niektórych ten fakt zadziałałby odstraszająco, ale nie na mnie, ponieważ na takie okazje opracowałam niezwykle wygodną filozofię, zgodnie z którą  niekupienie czegoś tylko dlatego, że jest modne, jest tak samo głupie jak kupienie czegoś tylko dlatego, że jest modne. Jednym słowem: ociec, brać!

Zazwyczaj proces oswajania ciucha, czyli zmiany statusu z "nowy" na "mój", zajmuje mi co najmniej kilka wyjść, ale w przypadku tej koszulo-kurtki (dokładnie nie wiem, co to, bo ma fason koszuli, ale jest ze sztywniejszego materiału i ma kieszenie po bokach jak kurtka) było inaczej. Od pierwszego założenia mi "siadła", jakby właśnie czegoś takiego brakowało w mojej szafie. Czego i Wam w nowym sezonie (i nie tylko) życzę :)

PS Zawsze chciałam zostać mimem.

  
 
koszulo-kurtka z kryształkami - Zara (dzięki uprzejmości Galerii Krakowskiej)
koszulka - Burton (ciucholand)
dżinsy - Levi's Curve ID
buty - Russell & Bromley (targ na Placu Nowym)
torba - Ochnik
kolczyki - Target

19 sierpnia 2012

Ryfka na gorącym dachu

Dzisiaj po raz pierwszy w historii bloga zdjęcia z mojego rodzinnego Ryfkowa. Fotografowała moja Siostra, śmiechem zanosili się Rodzicie ("SESJĘ dziewczyny robią, hahahaha!"), a przez ulicę całe zdarzenie obserwował Sąsiad Ciekawski. W takich warunkach foty nie mogą się nie udać.

A co na fotach? Ze starości: ukochane buciory oraz dżinsy, które po naszyciu łat awansowały z "nie nadają się do niczego" na "noszę je do wszystkiego". A z nowości: koszulka z gęsią (temat drobiowy ostatnio mnie nie opuszcza - poczekajcie, aż poznacie kurę) oraz skórzana torba-olbrzym projektu Marii Nowińskiej.

Z poprzedniej torby tej projektantki jestem tak zadowolona, że kiedy w kwietniu odezwała się do mnie Magda z Sagana.pl z kolejną propozycją współpracy, wybór był oczywisty. Piękny, turkusowy kolor, moja ulubiona wielkość XXL, niesamowicie miękka skóra, ciekawe wnętrze (cudna podszewka w stokrotki, którą zapomniałam sfotografować)... Po raz kolejny zakochałam się po same ucha. W dodatku torbę można nosić na dwa sposoby: jak na pierwszym zdjęciu (wtedy ma kształt typowej torby na zakupy) albo spiąć boki do środka i nieco zmniejszyć jej gabaryty (drugie zdjęcie). Ja oczywiście zazwyczaj noszę ją w postaci rozłożystej i bardzo wypchanej. Często spotykam się z opinią, że im większą ma się torbę, tym więcej się w niej taszczy niepotrzebnych rzeczy. No nie wiem, ja tam taszczę same potrzebne! I na pewno nie potrafiłabym teraz wrócić do małych torebek. Co by nie mówić, rozmiar jednak MA znaczenie.

koszulka - PanTuNieStal.com 
dżinsy - Levi's Curve ID + łaty własne 
torba - Nowińska (prezent od Sagana.pl)  
buty - Russell & Bromley (targ na Placu Nowym)
bransoletki - Glitter (prezent) 

10 sierpnia 2012

That's not my name

Z pamiętnika egocentryka. W najnowszym, wrześniowym numerze Elle pojawiło się zestawienie jesiennych stylizacji w wykonaniu polskich blogerek. Występuję tam również i ja jako... Eliza Krakowska. Skąd wzięli to nazwisko? Obstawiam, że zasugerowali się tym zestawem. No ale, jak to mówią, darowanej reklamie w dział korekty się nie zagląda. Ważne, że adres bloga się zgadza (nie wszystkie dziewczyny miały tyle szczęścia). Tak więc mimo wszystko z zadowoleniem podryguję w takt piosenki, która od wczoraj jakoś nie chce się ode mnie odczepić ;)
 

4 sierpnia 2012

London calling!

Uwielbiam wyjeżdżać. Najlepiej tam, gdzie mnie jeszcze nie było. W Londynie co prawda już raz byłam, ale dawno, więc stwierdziłam, że nie zaszkodzi sobie nieco pamięć odświeżyć. Na dobry początek odświeżyłam sobie czarne wizje mojej Mamy, która 10 lat temu, przed moim pierwszym wyjazdem do Londynu (który był w ogóle moim pierwszym wyjazdem za granicę) była pewna, że nie trafię na żaden kurs językowy, tylko jak nic wywiozą mnie do burdelu. Teraz o burdel już się nie martwiła (w końcu, jak słusznie zauważyli niektórzy na Facebooku, latka lecą), za to na tapecie był zamach terrorystyczny z okazji Olimpiady. Jak zwykle jednak obawy mojej Mamy okazały się nieco przesadzone i choć na blogu ostatnio cisza, to zapewniam, że nadal żyję.



MIASTO

Trochę się baliśmy, że wybraliśmy najgorszy możliwy termin przyjazdu, bo dokładnie dzień rozpoczęcia Olimpiady, ale okazało się, że to wcale nie był taki głupi pomysł. W muzeach, o dziwo, nie było kolejek (wszyscy wybrali rozgrywki sportowe?), a na ulicach co krok stali wolontariusze gotowi do pomocy takim zabłąkanym baranom jak my.

W sumie nasz wyjazd trwał niecałe 5 dni. Bazę mieliśmy u znajomych w Reading, położonym pół godziny jazdy pociągiem od Londynu. Pojechaliśmy głównie w celach towarzysko-lajtowych, ale chcieliśmy też trochę pozwiedzać, dlatego przed wyjazdem zamówiliśmy London Pass, czyli przepustki do ponad 55 zabytków i innych fajnych miejsc (w tym np. do kina i na kręgle). Te karnety to dość fajna i wygodna sprawa, ale zdecydowanie polecam opcję na 2 dni lub dłużej - bardziej się opłaca. My kupiliśmy wersję na 1 dzień, co nie przysporzyło nam jakichś wielkich oszczędności, bo muzea są czynne od 9.00 do 17.00, do tego dochodzi czas na dojazdy z jednego miejsca w drugie, tak więc w ciągu jednego dnia za wiele się nie obskoczy (zakładając spacerowe, a nie sprinterskie tempo zwiedzania). 

Jeśli chodzi o ulubiony temat Brytyjczyków, czyli pogodę, to pogodę mieliśmy KAŻDĄ. Zmieniała się dosłownie co 5 minut, tak więc uprawialiśmy niekończącą się żonglerkę bluzami, okularami przeciwsłonecznymi i parasolami, na zmianę trzęsąc się z zimna i pocąc z gorąca.

Oprócz pogody powodów do irytacji nieustannie dostarczał mi aparat. A to dlatego, że zamiast normalnego obiektywu z zoomem wzięłam stałoogniskowy, w którym nic mi się "nie mieściło". Np. stojąc przed Katedrą Św. Pawła, mogłam co najwyżej sfotografować fragment kopuły. Cofanie się kilkanaście metrów też niewiele dawało, bo wtedy wyrastały mi na linii strzału drzewa, latarnie albo inne budynki. Na szczęście sytuację ratował aparat w telefonie, ale i tak mam nauczkę na przyszłość.

Ponieważ większość pocztówkowych zabytków Londynu zwiedziłam podczas poprzedniego pobytu, tym razem najbardziej wyczekiwanym przeze mnie punktem programu była wizyta w... M&M's World :) Mam pewne obawy, że mogłam być najbardziej podjaranym dzieckiem w całym tym przybytku, i nie wiem, czy w moim wieku jest to jeszcze urocze, czy już żenujące (no dobra, wiem, nie musicie odpowiadać). M&M'sowej kurtki wysadzanej kryształkami Swarovskiego co prawda nie kupiłam, ale kubek z Żółtym na pamiątkę mam!



JEDZENIE

O brytyjskim jedzeniu nie mam najlepszego zdania (frytki i czipsy z octem uważam za zbrodnię na ziemniakach!), za to skwapliwie korzystałam z dobrodziejstw kuchni chińskiej. To chińskie, które mamy w Polsce, jest jakieś inne i nie bardzo mi podchodzi, za to amerykańskie i angielskie chińskie - pychota! Gdyby kiedyś zawiało Was do Reading, to gorąco polecam restaurację Cosmo (na ich stronie widzę, że mają więcej lokali, ale niestety akurat nie w Londynie). Zabrali nas tam znajomi i był to zdecydowanie strzał w dziesiątkę. To bardzo fajne i elegancko urządzone miejsce typu all you can eat, gdzie za 9 funtów można do woli zajadać się daniami kuchni chińskiej, japońskiej, włoskiej, meksykańskiej, sałatkami i - last but not least - deserami. Naprawdę nie sądziłam, że mam aż tak pojemny żołądek.

Kiedy znajomi zapowiedzieli, że zabiorą nas do "typowego angielskiego pubu", nie byłam specjalnie podekscytowana, bo alkohol toleruję w zasadzie tylko jako składnik ciast (i ewentualnie bardzo słodkich i bardzo babskich drinków). Tymczasem posiedzenie w pubie mile mnie zaskoczyło. Dwie rzeczy, które rzuciły mi się w oczy i uszy: brak muzyki (zdecydowany plus, można normalnie rozmawiać i nie trzeba drzeć się do osoby siedzącej tuż obok) i różnorodność klienteli: ludzie w każdym wieku, od 20-latków po starsze babcie.



MODA

Oops, I did it again. Czyli znowu nie kupiłam żadnego ciucha. Jakoś na występach gościnnych nie mam natchnienia do zakupów. Żeby coś dla siebie znaleźć, muszę mieć spokój i czas, a na wyjeździe zwykle za dużo się dzieje. Weszłam na chwilę do paru sklepów, ale ani ciuchy, ani ceny jakoś mnie nie powaliły. Planowałam, że ostatniego dnia zaliczę Oxford Street, Camden Town i inne zakupowe mekki, ale nie dałam rady: po 4 dniach łażenia nogi mi zastrajkowały i zostałam w Reading.
 
Jeśli chodzi o to, jak się ubiera londyńska ulica, to - podobnie jak podczas pobytu w Barcelonie - nie zauważyłam większych różnic, czy - jak twierdzą niektórzy - "przepaści" pomiędzy sposobem ubierania się Polaków i reszty świata. Na pewno panuje większa różnorodność, ale moim zdaniem nie wynika ona z bogatszych pokładów modowej fantazji w brytyjskim narodzie, tylko raczej z tradycji i przynależności etnicznej imigrantów, których jest tam mnóstwo. Na każdym kroku spotykaliśmy brodatych Hindusów w turbanach, Hinduski w kolorowych sari, muzułmanki w hidżabach, a do tego mieszankę turystów z całego świata (najciekawiej ubraną grupą, jaką spotkałam, była wycieczka młodych Japończyków). Szczerze mówiąc, byłam trochę rozczarowana, bo nastawiałam się na prawdziwą ucztę dla oczu, a tymczasem tylko kilka razy zdarzyło mi się za kimś obejrzeć i raz śledzić kogoś z aparatem (panią z poprzecieranej dżinsowej kurtce, kracistej spódnicy i kowbojkach - zdjęcie poniżej). No ale może to dlatego, że nie dotarłam do najbardziej fashion rejonów Londynu. Cóż, może next time :)

Very cool indeed.Cały wyjazd polowałam z aparatem na tak poobklejaną taksówkę, ale złośliwie ciągle mi odjeżdżały. Udało się ostatniego dnia :) Miś Paddington na stacji Paddington. Czasem słońce... ...czasem deszcz. Skąd przyszliśmy? Dokąd zmierzamy? Czyli typowe rozkminy turysty.
Właśnie w takim klimacie urządzę sobie kiedyś kuchnię. Freddie wiecznie żywy. Piccadilly Circus.  Obiecanki cacanki."Pingwin" z Madagaskaru w British Museum i łabędź - samobójca w Reading. Bez takiego zdjęcia wizyta w Londynie się nie liczy. Chciałam sobie strzelić standardową turystyczną fotkę w budce telefonicznej, ale przeszło mi, kiedy odkryłam, że posłużyła komuś za toaletę. Bobbies na posterunku.  No raczej! Katedra Św. Pawła i milion ślimakowych schodów, po których właziłam na sam szczyt kopuły. Zdecydowanie nie polecam osobom z wrażliwym błędnikiem. Wybraliśmy się pod Buckingham Palace obejrzeć zmianę warty, a tam wyścig kolarski. Team GB.  Flaguj się, kto może!Trochę jak przejście w inny wymiar (gdyby nie ta reklamówka z Lidla). "Typowy angielski pub", w którym spędziliśmy cały sobotni wieczór. Londyńska ulica kiedyś i dziś (stylówka pani po prawej przyprawiła mnie o szybsze bicie serca). Stadion Chelsea. Tu przebierają się ci wszyscy wysportowani faceci...Duch olimpijski widoczny w mieście na każdym kroku. Tower Bridge - mój ulubieniec spośród londyńskich standardów. I jednocześnie dowód, jak dodatki (w tym przypadku niebieskie) potrafią "zrobić" całość.Dzień dobry, zastałem Elkę?Westminster Abbey i pomnik Królowej Victorii przed Pałacem Buckingham. Za fish nie przepadam, chips mogę jeść zawsze, ale jednak nie ma to jak... ... M&M'siaki! Dlatego oczywiście nie mogło mnie zabraknąć w 4-piętrowym M&M's World. Tyle dobroci! Starczyłoby mi na jakiś... tydzień :) Po prawej skórzana kurtka wysadzana kryształkami Swarovskiego. 2266,95 funtów, ale za to wysyłka gratis! Układ okresowy... M&M'sów. Chociaż jestem wierna wersji z orzechami, to muszę przyznać, że ściana z tych lentilkowych wyglądała smakowicie. Wcale się nie podjarałam jak trzylatek. Chinatown. 6 lat czekałam, żeby zjeść takie dobre chińskie jedzenie. W Polsce nigdzie takiego nie znalazłam. Chyba słodycze, ale nie dam sobie niczego uciąć. The End!