13 stycznia 2018

#RyfkaCzyta: Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek i Mężczyźni objaśniają mi świat

Też macie noworoczne postanowienie, że będziecie czytać więcej książek? Ja, rozliczając moje zeszłoroczne osiągnięcia w tym temacie, po raz pierwszy od ładnych paru lat nie miałam ochoty się pochlastać. Było nieźle, a mam nadzieję, że w tym roku będzie jeszcze lepiej. Tego również i Wam życzę i na dobry start polecam dwie książki, którymi pożegnałam 2017 rok.

Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek, Mężczyźni objaśniają mi świat


OPOWIEŚCI NA DOBRANOC DLA MŁODYCH BUNTOWNICZEK
Elena Favilli i Francesca Cavallo
Wydawnictwo Debit 


Zdarzyło Wam się w dzieciństwie kłócić z bratem / kuzynem / kolegą z klasy, który twierdził, że dziewczyny nie nadają się do tego czy tamtego i że faceci są w każdej dziedzinie lepsi? Mnie się zdarzyło. I choć całą sobą czułam, że nie mają racji, to wobec argumentu pt. "Jak jesteś taka mądra, to to wymień babkę, która coś wynalazła!" byłam bezsilna. Sama Maria Skłodowska-Curie nie załatwiała sprawy i była raczej wyjątkiem potwierdzającym regułę. Ach, gdybym wtedy miała tę książkę!

Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek to historie 100 wyjątkowych kobiet ze świata nauki, sztuki, polityki, sportu i innych dziedzin. Oprócz znanych postaci takich jak Amelia Earhart, Coco Chanel, Malala Yousafza czy siostry Williams, mamy też kobiety mniej znane, ale nie mniej niezwykłe: niewidomą baletnicę Alicię Alonso, programistkę NASA Margaret Hamilton czy boliwijskie alpinistki Cholitas zdobywające górskie szczyty w swoich tradycyjnych kieckach. Mimo że nie wszystkie z opisanych kobiet stanowią idealny wzór do naśladowania dla dzieci, bo jednak piratka rabująca statki czy władczyni podbijająca inne kraje to kariera co najmniej dyskusyjna, historia każdej z nich pokazuje, że dziewczynki i kobiety nadają się absolutnie do wszystkiego, że mają prawo być uparte, ambitne, zbuntowane, i że stereotypy dotyczące płci najwyższy czas włożyć między bajki.

Choć jest to zadanie niełatwe, bo stereotypy i uprzedzenia czasem siedzą w nas naprawdę głęboko. Jeden z moich ulubionych cytatów z książki to wypowiedź Ruth Bader Ginsburg - Sędzi Sądu Najwyższego w USA:

Gdy pytają mnie, kiedy liczba kobiet w Sądzie Najwyższym będzie wystarczająca, odpowiadam: gdy będzie ich dziewięć. To budzi oburzenie, ale od zawsze zasiadało w nim dziewięciu mężczyzn i to jakoś nikogo nie dziwiło.

No właśnie. Kobiety zajmujące wysokie stanowiska czy pełniące stereotypowo "męskie" funkcje są spoko, o ile stanowią jakiś tam niewielki procent. Ale jeśli jest ich więcej, tzn. tyle samo, ile zwykle na tych samych stanowiskach bywa mężczyzn, to już wydaje się dziwne, a dla niektórych trudne do przyjęcia. Sama się ostatnio złapałam na takim myśleniu. Oglądając najnowszą część Gwiezdnych wojen, zdziwiłam się, że następczynią generał Lei Organy została też kobieta, wiceadmirał Holdo. Podobnie oglądając serial The End of the F***ing World, byłam zaskoczona, że nad sprawą kryminalną pracuje duet policjantek. Boję się, że gdybym na przykład pewnego dnia zobaczyła 7 kobiet w takiej Kawie na ławę, mogłabym dostać zawału. A przecież to powinno być zupełnie normalne.

Inny cytat, który szczególnie zapadł mi w pamięć, to słowa Manal Asz-Szarif z Arabii Saudyjskiej, która zaczęła jeździć samochodem, mimo że w jej kraju prawo tego kobietom zabrania:

Nie pytajcie, kiedy uchylą zakaz. Za kółko i przed siebie!

Wolności, równości czy szacunku nikt nam łaskawie nie podaruje. Trzeba je wywalczyć. Wydrzeć. Wyszarpać. 

Oprócz wysokiego stężenia girl power ogromną zaletą książki są absolutnie przepiękne ilustracje stworzone przez 60 artystek z całego świata, w tym dwie Polki: Zosię Dzierżawską i Barbarę Dziadosz. Każdy portret jest w zupełnie innym stylu i od każdego z nich trudno oderwać wzrok. Tutaj możecie zobaczyć kilka przykładowych stron.

Kiedy pokazywałam Opowieści na Insta Stories, dostałam sporo pytań o to, dla jakiego wieku książka będzie odpowiednia. Wydaje mi się, że w zasadzie dla każdego. My ją kupiliśmy jako prezent gwiazdkowy dla 11-letniej siostrzenicy Dzióbka, ale i ja, buntowniczka przecież już sporo starsza, przeczytałam ją z wielką przyjemnością, a chwilami i ściśniętym gardłem. Język jest dość prosty, chociaż kilkulatkom na pewno trzeba będzie wyjaśniać niektóre słowa (astrofizyczka, empatia, konflikt zbrojny, rasizm, maharadża itd.). Jeśli uczycie się z dziećmi angielskiego, fajnym pomysłem może być również zakup książki w oryginale. 

Na koniec  dobra wiadomość: niedawno powstała druga część Opowieści! Póki co nie ma jeszcze polskiego wydania, ale biorąc pod uwagę ogromny sukces, jaki na całym świecie odniosła pierwsza część, na pewno niedługo się u nas pojawi.




MĘŻCZYŹNI OBJAŚNIAJĄ MI ŚWIAT
Rebecca Solnit
Wydawnictwo Karakter


Pomysł na tytułowy esej tego zbioru zrodził się, kiedy Rebecca Solnit spotkała mężczyznę, który próbował jej objaśnić... jej własną książkę. Wszystko zaczęło się więc od w sumie zabawnej towarzyskiej anegdotki, jednak autorka z czasem doszła do wniosku, że takie pozornie nieszkodliwe zachowania ze strony niektórych mężczyzn mają bardzo (żeby nie powiedzieć: śmiertelnie) poważne konsekwencje.

Powstał zbiór esejów o różnych formach agresji wobec kobiet, od pozornie błahych, takich jak właśnie pouczanie, lekceważenie czy onieśmielanie, po naprawdę ciężki kaliber, czyli przemoc fizyczną, molestowanie, gwałty i w końcu morderstwa.

Badania przeprowadzone przez służby medyczne Stanów Zjednoczonych wykazały, że przemoc domowa stanowi najczęstszą przyczynę urazów i zranień kobiet między piętnastym a czterdziestym czwartym rokiem życia, bardziej powszechną niż wypadki samochodowe, napady rabunkowe i śmiertelne przypadki raka razem wzięte.

Oczywiście od dobrotliwego tłumaczenia, dlaczego seksistowski żart wcale nie jest seksistowski, a gwizdy na ulicy to tak naprawdę komplement, do pobicia czy gwałtu droga daleka, jednak nie można udawać, że te sprawy nie mają ze sobą żadnego związku.

[...] źródła przemocy tkwią w autorytaryzmie. Przemoc zaczyna się od przyjęcia założenia, które brzmi: mam prawo cię kontrolować.

Jak nietrudno się domyślić, nie jest to książka, która podniesie Was na duchu. Raczej się zdołujecie i nawkurzacie, czytając np. o kampusach, na których uczy się studentki, jak się mają zachowywać, żeby nie paść ofiarą gwałtu, zamiast uczyć studentów, żeby nie gwałcili; albo o tym, że z punktu widzenia prawa w USA do 1964 roku nie było możliwe, żeby mężczyzna zgwałcił własną żonę.

Autorka przywołuje też hasztag #YesAllWomen, który parę lat temu zrobił spore zamieszanie w sieci, podobnie jak niedawno #MeToo. Cytowane przez nią wypowiedzi z Twittera są wciąż tak aktualne, że ma się ochotę kliknąć "Podaj dalej":

Jasne, #NotAllMen - nie każdy jest mizoginem czy gwałcicielem. Nie o to chodzi. Chodzi o to, że #YesAllWomen - wszystkie boimy się tych, którzy nimi są.

#YesAllWomen, bo nie mogę tweetować o feminizmie bez otrzymywania gróźb i zboczonych odpowiedzi. Nie powinnam się bać zabierać głosu.

#YesAllWomen, bo widzę więcej mężczyzn, których wkurza ten hasztag, niż takich, których wkurza to, co się robi kobietom.

#YesAllWomen, bo jeśli jesteś zbyt miła, "prowokujesz", a jeśli jesteś niegrzeczna, narażasz się na przemoc. Tak czy owak jesteś suką.

A skoro już jesteśmy przy mediach społecznościowych, to na moich Stories trochę czepiałam się polskiego przekładu  książki, bo panjaśnianie jako mansplaining jakoś mnie nie przekonuje, podobnie jak dosłowne tłumaczenie angielskich idiomów, które co prawda "robią sens", ale nie brzmią zbyt naturalnie (i czytając polską wersję, od razu wiem, co było w oryginale). Jednak ostatecznie przyznaję, że chyba za bardzo histeryzowałam (pewnie miałam okres, wiadomo). Tak więc książkę polecam, chociaż sama w tym roku postaram się wrócić do mojej starej zasady czytania książek angielskojęzycznych autorów wyłącznie w oryginale (w końcu po coś się tego języka uczyłam).


18 grudnia 2017

Para - buch! Pralka - w ruch!

Od jakiegoś roku przebąkiwaliśmy z Dzióbkiem o zakupie nowej pralki. Za każdym razem, kiedy zaglądaliśmy do sklepu z RTV i AGD, urządzaliśmy sobie romantyczny spacer Aleją Pralek, który zawsze kończył się tak samo: kłótnią (#TeamŁadowanieOdFrontu kontra #TeamŁadowanieOdGóry) oraz stanowczym: "Dobra, to pomyślimy jeszcze". Nasza stara (10-letnia) pralka mimo swoich mankamentów nadal działała, więc nie był to zakup pierwszej potrzeby (w przeciwieństwie do dużego telewizora, niezbędnego do grania na konsoli - WIADOMO). No i pewnie szwendalibyśmy się między tymi pralkami do dzisiaj, gdyby nie Amica, która rozwiązała nasze dylematy jednym mejlem.

Dostaliśmy propozycję przetestowania nowego modelu Amica Dream Wash (dokładnie DAW 8143 DSIBTO), zaprezentowanego we wrześniu podczas IFA - Międzynarodowej Wystawy Elektroniki Użytkowej i Sprzętu AGD w Berlinie (Dzióbek chyba nigdy nie był tak zadowolony z faktu, że jego dziewczyna jest umiarkowanie popularną blogerką). Niedawno minął miesiąc, odkąd eksploatujemy naszą rakietę, więc dziś wjeżdżam z małym podsumowaniem. Oczywiście nie będę tutaj dokładnie opisywać wszystkich jej cech i funkcji, bo jest ich naprawdę sporo (dociekliwych odsyłam na stronę). Egoistycznie skupię się na tym, co ma największe znaczenie dla mnie.


1. Dzięki niej zrobiłam sobie najlepsze selfie w historii
Hehe. Dobra, obiecuję, że kolejne punkty będą już na poważnie ;)

2. Można dodawać do niej pranie w trakcie!
Rany, jak mi tego brakowało w poprzedniej pralce. Jakimś cudem zawsze po uruchomieniu prania znajdowała się jakaś zaginiona bluza, która niestety musiała już czekać na kolejną turę. Teraz dzięki funkcji Add+ zawsze mogę coś dodać (albo odjąć, jeśli na przykład KTOŚ przez pomyłkę wrzuci wełniany sweter razem z bawełnianymi koszulkami).

3. Ubrania są mniej pogniecione
Wiem, że moja drewniana deska do prasowania ma tutaj swój fanclub i ja też uważam, że jest w dechę, ale nie zmienia to faktu, że nienawidzę prasować. Robię to tylko jeśli naprawdę muszę, zwykle kiedy trzeba założyć elegancką koszulę z okazji ślubu, chrzcin czy innej gali. Osiągnęłam mistrzostwo w strzepywaniu, wieszaniu i składaniu prania w taki sposób, żeby było jak najmniej pogniecione i nie wymagało prasowania. Dzięki systemowi parowemu SteamTouch jest to jeszcze łatwiejsze, bo ubrania po praniu mają do 70% mniej zagnieceń. Różnicę widać gołym okiem (i czuć gołą ręką, bo są też bardziej miękkie w dotyku).

4. Jest cicha
Wirowanie w naszej poprzedniej pralce to było prawdziwe trzęsienie ziemi, mimo że nigdy nie nastawialiśmy jej na maksimum obrotów, tylko najwyżej na 800. Tutaj nawet przy 1400 obrotach na minutę poziom hałasu jest naprawdę niski. W małym mieszkaniu, w którym pralka stoi tylko kilka metrów od „salonu”, to szczególnie ważne.

5. Sama dozuje sobie płyn do prania i płukania
Dla mnie, jako fanki optymalizacji i oszczędzania sobie pracy, to jest prawdziwy hit. Pralka wyposażona jest w system OptiDose, czyli mówiąc językiem laika: ma specjalną szufladkę, do której wlewa się zapas płynu do prania (przegródka ma pojemność 1 litra, więc wejdzie tam cała butelka) oraz płynu do płukania (0,6 l), i ona sama dozuje sobie tyle, ile potrzeba przy wybranym programie. A jeśli chce się użyć innego środka (np. do prania wełny), wystarczy go wlać lub wsypać do silikonowej kulki OptiCup i włożyć bezpośrednio do bębna (wyłączając wtedy automatyczne dozowanie).

Nie mogę się przyzwyczaić do tego luksusu, bo dozowanie detergentów w naszej starej pralce to był po prostu koszmar. Pojemnik znajdował się w pokrywie pralki (była otwierana od góry) i składał się z kilku przegródek z wąskimi kanalikami, które wiecznie zatykały się od zbrylonego, mokrego proszku. Co ja się z nim namęczyłam! Moczenie w miednicy, potrząsanie, przepłukiwanie pod prysznicem, dłubanie szpikulcami do szaszłyków (bo pojemnik nie był otwierany)... a i tak nigdy nie udało mi się go doczyścić do końca i wiecznie wyglądał, jakby eksplodował w nim ser pleśniowy. A teraz nie dość, że nic nie ma prawa się zatkać, to uzupełniam szufladkę raz i mam spokój na minimum 20 prań!

6. Ma duże, wygodne okno
Byłam sceptycznie nastawiona do otwierania od frontu, bo po pierwsze, jestem stara i nie lubię się schylać, a po drugie, uważam, że z góry lepiej widać, czy coś nie zostało w pralce. No ale przyznaję, że Dream Wash jest emeriten-friendly. Ma naprawdę duże okno, umieszczone wyżej niż w standardowych pralkach, więc łatwo się zarówno wkłada, jak i wyjmuje pranie, całe wnętrze widać jak na dłoni i szanse na to, że w bębnie zostanie jakaś zapomniana skarpetka, są naprawdę nikłe.

7. Można w niej uprać pół szafy
Maksymalna pojemność bębna to aż 8 kg. Oprócz tego na wyświetlaczu pojawia się informacja, jaki maksymalny załadunek jest zalecany dla danego programu (pełny, do połowy, czy np. 2 kg).

8. Oszczędza wodę i energię
Jest o 35% bardziej energooszczędna niż inne pralki w klasie A+++. Sama wykrywa wielkość załadunku i dostosowuje do niego zużycie wody i energii. Sama też się wyłącza (poprzednia po zakończeniu cyklu świeciła się, dopóki nie wyłączyło się jej ręcznie).

9. Pozwala na stworzenie ulubionego programu
Pralka ma kilkanaście programów (Wełna, Fitness, Express itd.), a oprócz tego umożliwia stworzenie własnego. My zmodyfikowaliśmy program Bawełna, dodając do niego opcję SteamTouch i Skróć czas (bo zwykle pierzemy ubrania niezbyt zabrudzone). Bardzo wygodne!

10. Jest ładna
No dobra, wiem, że to nie jest najważniejsze w pralce, ale cieszę się, że zaspokaja ona potrzeby zarówno mojego wewnętrznego pragmatyka, jak i mojego wewnętrznego estety.


Podsumowując: Pralka sprawdza się bez zarzutu, ma wszystko to, co chcieliśmy, żeby miała, plus kilka sprytnych rozwiązań, których się nie spodziewaliśmy, a które bardzo ułatwiają życie. Z czystym sumieniem przybijam stempel #RyfkaApproved.

Amica Dream Wash
Amica Dream Wash
Amica Dream Wash
Amica Dream Wash
Amica Dream Wash
Amica Dream Wash